RSS
 

Błękitny romans.

08 lut

         

        Ona – femme fatale. Atrakcyjna i niezależna. Tajemnicza i uwodzicielska. „Stop najtwardszej stali i jedwabiu”. On – ambitny i nieprzewidywalny. Lojalny i troskliwy. Awanturnik i kobieciarz. „Osiemnastokaratowy maniak depresyjny”. Do niej mężczyźni zlatywali się niczym ćmy do płomienia, On podobno szedł do łóżka z każdą, która się nawinęła. Ona wprowadziła na nowe tory film, On muzykę rozrywkową. Ona słynęła z niezwykłych umiejętności (nie tylko aktorskich), On z niezwykłego instrumentu (nie tylko głosowego). Ona przespała się z prezydentem Kennedym, On przespał się z jego żoną. Ona uwiodła Judy Garland, On uwiódł ją również. Kiedy poznali się osobiście, Ona miała lat 41, On 27, a ich romans przez długie lata pozostawał tajemnicą.

  Dwa lata po ich pierwszym spotkaniu, w liście do córki Ona napisała „ cały czas wydzwania do mnie ten nieśmiały smarkacz (On). Przyślę Ci jego płyty”. Kilka miesięcy później, podczas gry w karty, On oznajmił swoim towarzyszom, że zaraz w apartamencie zjawi się Ona, co nastąpiło. Ona, niezniechęcona licznym towarzystwem przy stole, posłała zgromadzonym skromny uśmiech, po czym pozwoliła, by On wziął ją za rękę i zaprowadził do sypialni. Na przestrzeni kolejnych lat spotykali się jeszcze wielokrotnie. On przestał wyglądać jak smarkacz, Ona zaczęła być panią po pięćdziesiątce. On w jej ramionach szukał pociechy po rozstaniu z  kolejną żoną, Ona koiła samotność po wyjeździe kolejnego kochanka. On pił na umór i zastanawiał się, jak to możliwe, że nikt o nich nie wie, Ona napisała w swym dzienniku, że jest czuły i słodki. Wystąpili razem w filmie. Tylko jednym. On był pianistą w saloonie, Ona była tam hostessą. Ona nie była miłością Jego życia. Jej też zdarzyło się kochać bardziej. Ale swojej córce wyznała, że „był jedynym czułym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek znała”.

Ona – Maria Magdalena Dietrich – piła, paliła, uwodziła. Brała od życia to co chciała.

On – Francis Albert Sinatra – pił, palił, uwodził. Brał od życia to co chciał.

Ona była „Błękitnym Aniołem”.  O nim mówili „Błękitnooki”.

 

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii z kina

 

Historia oparta na faktach.

25 sty

   

               Blue Monday zaczął się dla L. zwyczajnie. Nieświadoma niczego, a już na pewno nie tego, że akurat ten monday jest blue, została jak zawsze wyrwana ze snu  o 7. Równie drastycznie i równie niespodziewanie co zwykle.  Uspokoiła ją dopiero tradycyjna drzemka 15 min. Potem kolejna drzemka. I jeszcze jedna. No i już ostatnia do 8. O ósmej nagły zryw, a raczej chęć nagłego zrywu. Jeszcze 5 minut i jeszcze jedno 5.  Z wielkim bólem L. zlazła, spełzła, stoczyła się z łóżka, po czym obijając się o ściany, futryny i niedomknięte drzwi (tak, jest krótkowidzem) udała się do kuchni. Ranek to jedyny czas w ciągu całego dnia, kiedy kuchnia staje się dla L. centrum jej osobistego wszechświata. Jej być, albo nie być. Zacząć widzieć, albo pozwolić powiekom na powrót opaść. Nastawia wodę, wytężając mocniejsze oko zaparza kawę i szybciutko wraca do łóżka. Poranna kawa ma sens tylko w łóżku. Oczywiście szukając okularów gdzieś pod nim, niebacznie oblewa się troszeczkę. Nie widzi jeszcze, ale już czuje. „Nic to – wzdycha – zdarza się”. Pomiędzy ścianą a materacem odnajduje je wreszcie, wygląda przez okno i z ulgą stwierdza, że szyby samochodu są przezroczyste. „To wspaniale!” – gratuluje sobie w myślach. Nie trzeba skrobać = 10 minut dłużej w łóżku. 

        Trzy kwadranse później, ubrana stosownie do pory roku, w krótkie botki na wygodnym obcasie i lekką, nonszalancko rozpiętą kurteczkę, wyspana i zadowolona z siebie, pewnym energicznym krokiem wychodzi z mieszkania. Mija skrzynki listowe, monotonnie uwieszone wzdłuż korytarza, pokonuje trzy schodki w dół, przy wyjściu kłania się jeszcze sprzątaczce i towarzyszącemu jej panu Józkowi. Otwiera drzwi i nagle, niespodziewanie traci kontrolę nad własnym ciałem. To, niczym kłoda, porwana przez wielką, acz bliżej nie określoną siłę, pada wzdłuż i zataczając jednocześnie półokrąg, wykonuje rotację na prawy bok z rękoma wyciągniętymi przed siebie. L. zastyga przez chwilę w tej pozycji, ze wszech miar zaskoczona tym co ją spotkało. Kątem oka (z niemedycznego punktu widzenia) obserwuje przez chwilę otoczenie. Żadnych śladów spisku. Nikt jej nie popchnął, nie podłożył nogi i nikt nie czai się za drzewem z ukrytą kamerą. Oszołomiona jeszcze, unosi swoje długawe ciało, opierając je najpierw na czterech kończynach, po czym, stwierdzając, że podłoże jest śliskie, ostrożnie, chwiejnie staje na dwóch. W myślach, ze złością przeklina blokowych łobuzów, którzy dla żartu wylali wodę przed klatką „A gdyby to była jakaś staruszka, albo ciężarna?! Co za debilizm! Jak tak można?!”. Powoli, obolała, posuwa się w stronę samochodu z niedowierzaniem stwierdzając, że lód ciągnie się dalej…I dalej…I dalej…Czyżby ktoś wylał całą cysternę? Bo chyba nie tegoroczna zima to uczyniła? Z trudem dociera do auta i w ostatniej chwili chroni się przed kolejnym upadkiem, chwytając oburącz stojący obok kosz na śmieci.

       Auto wygląda pięknie. Lamusowe dzieło sztuki. Całe pokryte niczym kryształową taflą, grubą warstwą przezroczystego (owszem) lodu. Jakiś żal nieprzenikniony zatlił się w jej artystycznej duszy, na myśl, że trzeba to będzie zeskrobać. Przelotne spojrzenie na zegarek szybko jednak rozgania ckliwe sentymenty. Nawet drzwi nie stawiają długo oporu. Jakby przeczuwały, że nie zdobędzie się już na ponowne przebycie trasy samochód – mieszkanie. Wystarczyły dwa mocne i gwałtowne szarpnięcia klamki. Szybko i zdecydowanie chwyciła skrobaczkę i płyn do odmrażania, w które przezornie zaopatrzyła się już we wrześniu. Płyn nie podziałał. Skrobaczka się złamała. „Idiotko! – zganiła się – to zima nie na żarty, sprawdź, czy ci w ogóle odpali!”. Odpalił. Odkręciła ogrzewanie. Uprzedziła, że się spóźni. Wzięła resztki skrobaczki i jęła zdrapywać lód ze zdwojoną siłą. Na nic. Wtem jej wzrok padł na porozrzucane na siedzeniu pudełka kaset magnetofonowych. Drogą wyrafinowanej dedukcji, którą przez lata szkoliła zaczytując się w „Przygodach Sherlocka Holmesa”, okrasiwszy ją dodatkowo szczyptą kobiecej logiki, do pomocy wybrała George’a Michaela, jako najmłodszego, najwyższego i co najważniejsze – jedynego żyjącego jeszcze w tym gronie. George też nie podołał. Pozdzierała kostki. Ze łzami zdenerwowania, przypatrując się własnym obrażeniom, poczuła nagle, że coś z ogromną siłą zaczęło na nią napierać. Uniosła głowę, z przerażeniem stwierdzając, że chce ją przejechać jej własny samochód…

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii o mnie

 

Na stojąco czy na leżąco?

14 sty

…Czyli cierpienia młodego blogera;)

     

         Pisanie bloga bywa trudne. Mało tego, jest to fach nędzny, nie przynoszący żadnego dochodu (przynajmniej w moim przypadku), a przez wielu nawet pogardzany. Niełatwo znaleźć motywację i siły, że o temacie nie wspomnę. Wskazany przy tym jest spory dystans do własnych poczynań – krótka chwila satysfakcji z pisania może zostać szybko przygnieciona gromem reakcji różnego kalibru. Taka już dola tego, kto się na bloga porywa – różami zakwita rzadko, a kolców może mieć bez liku.  Sprawa komplikuje się dodatkowo, jeśli jest się człowiekiem, który umie rozmiłować się we własnym lenistwie. Ja umiem. Jak już coś wyskrobię, lubię uznać, że należy mi się odpoczynek. 2-3 dni, no góra tydzień. Po tygodniu zaczyna mi się strasznie NIE CHCIEĆ. A dalsze przeszkody pojawiają się samoistnie. Po pierwsze – w momencie, kiedy człowiek zabiera się za robotę, zazwyczaj dzwoni telefon, wpada koleżanka, przyjeżdża wujek z Krakowa, albo zaczyna się wielka wyprzedaż w galerii. Wiadomo, że pisanie poczekać może, reszta nie. Po drugie – jak się już o czymś chce napisać, to trzeba coś o tym wiedzieć. Jak się wie za mało, to trzeba poszukać, poszperać i się doinformować (znowu zwłoka). Po trzecie – wypadałoby być cokolwiek oryginalnym i pisać o tym, o czym jeszcze nie pisano. Ale o czym jeszcze nie pisano? Można by tak te przeszkody wyliczać i wyliczać.  Człowiek się męczy, zmaga wewnętrznie, z każdą kolejna literą, tymczasem może warto zainspirować się bardziej doświadczonymi i zacnymi przykładami w literaturze znacznie większego formatu niż ta dziabanina, którą sama czasem ośmielę się tu uprawiać. I tak Charles Dickens pracował zawsze zwrócony w kierunku północnym, z tego też powodu wszędzie zabierał ze sobą kompas. Kurt Vonnegut przepisywał każdą stronę wielokrotnie, dopóki nie uznał jej za idealną. Uporczywym przepisywaczem był też Lew Tołstoj, „Wojnę i pokój” przepisywał podobno siedem razy, w dodatku na stojąco. I coś faktycznie musi być w tej pozycji, bo w pionie tworzyli jeszcze Ernest Hemingway, Thomas Wolf i Lewis Carroll. Technice pozycji leżącej oddani byli natomiast Wolter, Marcel Proust i Truman Capote. Gdzieś przeczytałam, że Agatha Christie pisała w wannie, pogryzając do tego jabłka. Osobiście się ku temu skłonić nie mogę, bo ileż można napisać w wannie, zanim się całkowicie nie odmoknie, nie pomarszczy, nie wystygnie na ciele i z wszelkiej weny przy okazji? Brrrrr. No chyba, że wanna była pusta… Z kolei Dan Brown co jakiś czas lubi podwiesić się przy suficie. Podwieszanie nie przekonuje mnie już zupełnie, w dodatku, w świetle ostatnich bestsellerów czytelniczych, z wielką literaturą mi się nie kojarzy, a raczej taką, co ma różne oblicza – a najczęściej ma ich pięćdziesiąt. A co wtedy, gdy zawodzą miejsca, techniki i pozycje? Byli tacy, którzy próbowali wyśrubować swoją kreatywność na wyższy poziom za pomocą mniej przyziemnych środków. Nasz rodzimy Witkacy wspomagał się czym mógł: kokainą, marihuaną, morfiną a czasem nawet kawą i herbatą. Znanym pożeraczem opium i wszelkich substancji halucynogennych był Charles Baudelaire, a o spożywaniu przez Mickiewicza krążą już prawdziwe legendy. Z zamiłowania do whisky oraz… chorobliwie długich zdań (można by się doszukiwać jakiejś zależności) słynął Faulkner.  Tego typu inspiracji nie polecam z wiadomych wszystkim względów, a do tego istnieje duże prawdopodobieństwo, że to, bądź co bądź, wspomagane wizjonerstwo nie spotka się ze zrozumieniem pozostających w trzeźwości czytelników. Nie wiem jakich metod trzymają się inni blogerzy, ja sama póki co do mistrzostwa nie aspiruję, wystarczy mi ciepłe łóżeczko, równie ciepła herbatka i cudowne uczucie braku jakiegokolwiek przymusu – bo czy róża, nawet z kolcami, nie jest po to by sprawiać przyjemność? 

 
 

Wielka kariera małego zbrodniarza.

30 gru

Jego szkodliwość udowodniono już w połowie minionego wieku, ale dopiero w ostatnich latach zgotowano mu prawdziwą zagładę, za nic mając wkład w kulturę masową, kreowanie image’u, a nawet swoiste zasługi aktorskie. Kiedyś synonim emancypacji, tajemniczości, a nawet elegancji. Obecnie tępiony i prześladowany jak nigdy wcześniej. Papieros. Mistrz drugiego planu i najprawdziwszy gadżet ubiegłego stulecia. I choć wszystkie stawiane mu zarzuty wydają się słuszne, to przyznać trzeba, że przy przysłowiowym małym dymku zrodziło się kiedyś wiele wielkich karier.

„Wielki sen” z Humpreyem Bogartem i Lauren Bacall

Do kina wtargnął wraz z odzianą w męski frak Marleną Dietrich, czyniąc z niej przy okazji symbol seksu lat 30 – tych. Były to początki kina dźwiękowego i jak się później okazało wielkiej filmowej kariery papierosa. Wydawać by się mogło, że film dźwiękowy, jako sam w sobie wyższy poziom kinematograficznego rozwoju, nie potrzebuje żadnych dodatkowych bodźców, aby widza do siebie przyciągnąć i dodatkowo jeszcze zachwycić. Nic bardziej mylnego.  

Aktorzy pozbawieni wsparcia fonii, opisywali zdarzenia, oddawali przeżycia i nastroje za pomocą gestu i mimiki, w wielu przypadkach, w fotograficzny wręcz sposób oddając stany i zawiłości ludzkiej psychiki. Niemy obraz skłaniał do większej uwagi, pobudzał wyobraźnię, trzymał w niepewności i napięciu, które rozwiać mogło dopiero pojawienie się planszy z napisami. Kino dźwiękowe, zwłaszcza w swych początkach, tak zachłysnęło się swym wynalazkiem, że na plan dalszy zepchnęło obraz. Problem z ich przyjęciem mieli zarówno przyzwyczajeni do kina niemego widzowie jak i sami aktorzy, którzy często ówczesne dialogi uważali za prymitywne i banalne. Spencer Tracy na przykład, sztukę grania w dźwiękowcu sprowadzał do „nauczenia się tekstu i uważaniu, by nie obijać się o meble”.

I tu na ratunek przyszedł Pan Papieros. Aż dziw bierze, ile papierosów wypalano w ówczesnych filmach. Krótkie nieme sceny, w których bohaterowie zapalają papierosa czy zaciągają się dymem, paradoksalnie zawierają najwięcej emocji. Wielki aktor, John Barrymore twierdził wręcz, że filmy dźwiękowe znieść można jedynie dzięki umiejętnemu manewrowaniu papierosami. „Opracowałem dwadzieścia sposobów zapalania oraz tyleż samo pozycji przy wypuszczaniu dymu. Ocaliłem kupę filmów w ten sposób, tytoń był lepszy od dialogu”. W dymie nikotynowym rozgrywały się najważniejsze filmowe sceny.

Marlon Brando

Marilyn Monroe

Papieros stworzył niezapomniane duety z Humpreyem Bogartem, Jamesem Deanem, Johnem Waynem, Marlonem Brando, wspomnianą Dietrich , Lauren Bacall i wieloma innymi wspaniałymi gwiazdami, które trudno wyobrazić sobie dziś bez tego atrybutu. Jego rola nie ucinała się jednak wraz z pojawieniem się napisów końcowych filmu. Był nieodłącznym elementem codziennego wizerunku gwiazd. Panom dodawał męskości i pewności siebie, sprawiając, że osobnik z petem w ustach wydawał się większym macho niż ten bezpardonowo obnoszący się z bronią, dla pań był zaś atrybutem niezależności, a często narzędziem budowania napięcia erotycznego – wszak w oparach dymu powłóczyste damskie spojrzenie nabierało nowej, hipnotyzujacej mocy. 

Artyści uwielbiali pławić się w tytoniowym kłębie. Ten mały dymek w tle był niektórym chyba równie niezbędny, co poklask i uwielbienie publiki. Bez niego nie mógł też obejść się Sinatra, który wielokrotnie popalał, nie tylko w filmach ale i na scenie. „One for my baby” – jeden z jego największych przebojów – bez smutnego, pijackiego dymka nie byłby już tą sama piosenką. Zdjęcia z papierosem zdobią liczne okładki jego płyt. Frank tajemniczy, zamyślony, rozmarzony, osamotniony, łobuzerski, cwany, Frank przegrany i Frank triumfujący – to Frank z papierosem. Frank prawdziwy. Wiarygodny. Bo pomimo całej filmowo – wizerunkowej otoczki, papieros nadawał gwiazdom ludzkiego wymiaru. Niby wielcy i niedostępni, a jednak swoi. Ze słabościami i niedoskonałościami jak każdy. I papierosem, którego można dostać za rogiem.

W dobie antynikotynowej wojny, wszechobecnych zakazów, piętnowania kilkudziesięcioletnich filmów i zdjęć jako propagujących ten niecny dla zdrowia i świata proceder, gwiazdy ( i nie tylko) skrzętnie ukrywają swój nałóg. I choć wciąż zdarza się, że papierosy grają w filmach, to przyłapanie z nim jest istnym skandalem, nie wspominając o paleniu na scenie. W czym mają się zatem pławić współcześni, politycznie przykładni celebryci? Otóż, okazuje się, że postęp wyszedł naprzeciw oczekiwaniom, konstruując e-papierosa. Można spróbować, ale dymek to będzie również nieco trujacy, a do tego przezroczysty, krótkotrwały i sztuczny. I choć zabrzmieć to może nieprozdrowotnie, niewychowawczo, a nawet niepolitycznie, to podsumowanie – jaki dymek taka gwiazda – samo ciśnie się na… palce.

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii z kina

 

Gorące piwo i odgrzewane filmy.

15 gru

Nie jestem wielbicielką kuchni. Zdecydowanie bardziej wolę kanapę. Choć podziwiam kulinarne umiejętności innych, sama nie przepadam za gotowaniem, a brudne naczynia w zlewie potrafią sprawić, że omijam ją szerokim łukiem, udając że takie pomieszczenie w ogóle u mnie nie istnieje. Zdarza mi się oczywiście sporządzić czasem obiad lub nawet porwać się na wykwintną sałatkę, ale nie zmienia to faktu, że w kuchni to ja jednak najbardziej lubię gasić światło.

Tymczasem zawsze, kiedy dodaję nowy wpis, z jego dołu niezmiennie atakuje mnie sugestia ”dodaj do agregatu kulinarnego”. Agregat kulinarny jest mi równie bliski co rachunek różniczkowy, pozycjonowanie strony i wymiana koła w samochodzie. Smutkiem mnie napawa całkowity brak innych agregatów i raz za razem, z grymasem rezygnacji na twarzy zaprzeczam, aby to co napisałam miało cokolwiek wspólnego z kulinariami. Aż do teraz, kiedy to postanowiłam połączyć przyjemne z kulinarnym. 

Nie od dziś wiadomo, że nie ma nic lepszego na zimowe, filmowe wieczory, niż dobrze zrobione grzane piwo. Dobrze zrobione grzane piwo wykonuje się z niepasteryzowanego „Kujawiaka” , którego niepodzielne walory drogą przypadku odkryła moja koleżanka Agnieszka.  Agnieszka, w przeciwieństwie do mnie, pozostawiając za sobą wiek dziewczęcy, zaczęła interesować się kuchnią, ale w sposób, który nawet mnie wydaje się fascynujący, bo wymyśla pyszności z tego, co akurat ma pod ręką, a przeważnie ma tego niewiele. Talent można w sobie odkryć w różnym wieku i całkiem niespodziewanie, czego ona jest żywym dowodem. Wracając do „Kujawiaka”, dodajemy do niego oczywiście to co akurat mamy. Ja przeważnie mam cynamon, gałkę muszkatołową, miód gryczany (miodu nie żałujemy) i plaster pomarańczy. Rzadziej zdarza mi się mieć goździki, ale też warto dodać. I uwaga, bardzo ważne! Bieganie do sklepu po składniki psuje całą przyjemność! Jeśli nie macie naprawdę nic, to do gorącego piwa dodajcie dużą łyżkę cukru. Też będzie dobrze;) Spożywamy w glinianym, babcinym kubku. Do grzańca, tym, którzy nie są już stanu wolnego polecam „Słomianego wdowca”, a wolnym, szczególnie paniom „Jak poślubić milionera”. I pamiętajcie, że po alkoholu, z pojazdów mechanicznych, kierować możemy jedynie windą:)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii o mnie

 

Ile się płaci za bycie sobą?

11 gru

 

A czytał pan, panie Zygmuncie Bliblię?

- Stale czytuję, bez przerwy! Znakomita książka, polecam gorąco, szczególnie osobom duchownym.

 

   Gdyby żył, skończyłby dzisiaj 95 lat. Wokół jego życia narosły historie i niedomówienia grubością odpowiadające warstwom kurzu i pajęczyn w jego mieszkaniu. Dla niektórych palant z małpią gębą, brudas i dziwadło. Dla mnie prawdziwa perła i dowód na to, że nie szata zdobi człowieka. Od kiedy pojawił się w telewizji, a właściwie od kiedy ja go tam zobaczyłam, wrył mi się w umysł. Początkowo jako ciekawie opowiadający, trochę nadpobudliwy ruchowo pan, z czasem jako pasjonat o szerokiej wiedzy, a od momentu kiedy przeczytałam pierwszą jego książkę, jako piekielnie inteligentny i dociekliwy tropiciel obłudy, pasjonat obdarzony niebanalnym poczuciem humoru i co najbardziej istotne – prawdziwie wolny człowiek. Z rozkoszą czytam jego książki i choć sporo ich napisał, z niepokojem myślę o chwili, gdy sięgnę po ostatni nieprzeczytany tytuł. Nigdy nie ograniczał się tylko do kina. Wachlarz tematów, które poruszał trudno ująć w jakieś ramy. Tak samo fascynująco pisał o paryskich prostytutkach, wojnie, gwiazdach kina i Biblii. W swoim skrajnym zachwycie doszłam nawet do wniosku, że więcej wiedzy o kulturze i historii można wynieść z jednej jego książki, niż z opasłych i nieprzystępnych encyklopedycznych tomów. Jeśli już o czymś pisał, to podchodził do tego z zaangażowaniem i dogłębną wiedzą popartą własnymi przemyśleniami. Rzeczy nazywał po imieniu, a kiedy było trzeba walnął z grubej rury. I trudno było się z nim nie zgodzić. Swoją ocenę zawsze jednak popierał solidnymi argumentami i gotów był na wymianę myśli. Bo tylko tam gdzie jest dyskusja – twierdził – powstają wartościowe poglądy. Inna rzecz, że „dyskusja” sprowadzała się nierzadko do agresji drugiej ze stron, a wyszukiwanie w wypowiedziach Kałużyńskiego nieścisłości, bez znaczenia dla głównego tematu, stało się dla poniektórych pasją równie pochłaniającą jak dla wyżej wymienionego kino.   Żył po swojemu, pogardzał pieniędzmi i władzą , uważał, że wszyscy ludzie są sobie równi, a swoje słynne niechlujstwo ubrał w naukowo- egzystencjalną ideologię, argumentując ostatecznie, że „człowiek został stworzony do myślenia a nie do sprzątania” i można czuć się szczęśliwym nie zmieniając codziennie skarpetek.  Z czym też trudno się nie zgodzić, bo osobowości, wiedzy i talentu pisarskiego pozazdrościć by mu mogło wielu schludnych i pod szyję samą odprasowanych. Ten brak zależności od kogokolwiek i czegokolwiek, dał mu najcenniejszą i bodaj najbardziej trudną w utrzymaniu wartość – własną osobistą wolność. Nie wiadomo, co bardziej mierziło jego oponentów – to co mówił, czy sam fakt, że miał odwagę to wypowiedzieć, nie zważając na prestiż i glorię krytykowanego nazwiska.  

    Wczoraj dotarł do mnie „Alfabet na 4 ręce” a wraz z nim film-wywiad „Pół życia w ciemnościach”, ostatni, tuż przed jego odejściem. Zaledwie 45 min, ale zobaczyć pana Zygmunta na ekranie jeszcze raz, to niebywała przyjemność. Bardzo ciepła, szczera i wzruszająca rozmowa z Tomaszem Raczkiem. Jest jeszcze jedna ważna kwestia, która nasuwa mi się zawsze, kiedy Zygmunta Kałużyńskiego oglądam, słucham lub czytam: Ile się płaci za bycie sobą? Otóż płaci się samotnością. Byciem wykpiwanym, obrażanym i klasyfikowanym jako wariat. A co trzeba zrobić, żeby móc być sobą mimo wszystko? Trzeba siebie kochać. „Jestem w sobie zakochany panie redaktorze, to jest jedyne uczucie, jakiego jestem absolutnie pewny”. Pogląd mało popularny. Bo ten rodzaj uczucia, często mylony jest z zadufaniem i arogancją. A szkoda, bo właśnie z niczego innego, jak tylko z niekochania siebie, bierze się szeroko pojęty brak „miłości bliźniego”. Zatem wszystkim otwartym i zaciekawionym rekomenduję pozycje pana Zygmunta, a tym innym, którzy właśnie na kimś jakieś psy wieszają, nieco więcej miłości do siebie samych zalecam;)

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii z kina

 

Anioły z lamusińskiego nieba

08 gru

        Babcia mi mówiła, że wiatr to nic innego jak trzepot anielskich skrzydeł. Przez ostatnich kilka dni musiało ich fruwać w takim razie bardzo dużo. I mówiła jeszcze, że każdy ma swojego anioła. Że chodzi za mną krok w krok i sprawdza czy nic złego mi się nie dzieje. I że nie mogę go zobaczyć, ale mogę odczuć jego obecność. Strasznie mi wtedy w głowie namąciła. Bo jak można kogoś poczuć, a nie zobaczyć? Czy to duch? Nie, Anioł Stróż. Czy ktoś go widział? Pewnie nikt. Ale pewnie większość z Was doświadczyła kiedyś jego działania. Trochę jak ze Świętym Mikołajem, tylko że z niego akurat się wyrasta. Anioł zostaje z nami na zawsze. I jak na wysłannika niebios przystało jest doskonale dobry, szlachetny i mądry. Można by długo dywagować o aniołach w kulturze, rozprawiać na temat wiary i psychologicznego aspektu ich istnienia, ale nie o to mi akurat chodzi. Mnie zawsze ciekawi, jak anioły widzą inni.

Lamusińskiej anioł własny

Nie ma wdzięczniejszego tematu we wszelkich plastycznych sztukach, niż one. Bo poza tym, co o nich wiemy – że mają skrzydła i postać ludzką – reszta jest już tylko własną fantazją. Ile ludzi tyle aniołów. Nie ma dwóch identycznych (nie licząc tych odlewanych taśmowo od formy). I tu – jak i wszędzie – tendencja jest teraz taka, by nie ludzi do aniołów upodabniać, ale jak najbardziej uczłowieczyć anioła. Ubrać go modnie, uposażyć w gadżety, a nawet dać wyraz temu, że i anioły swe słabości mają – sądząc po okazałych brzuchach – najczęściej kulinarne. Daleko im do Serafinów, Cherubinów i Archaniołów z obrazów El Greca, Santiego czy Tycjana. Mój Anioł też jest uczłowieczony, a właściwie ukobiecony. Wisi na ścianie jako wypadkowa subiektywnej wizji, inspiracji cudzym talentem i posiadanych możliwości malarskich. O dziwo, nie jest w kapeluszu i nie paraduje z Sinatrą pod rękę ;) Namalowałam go zaraz po tym, jak skończyłam malować ściany, więc był pierwszym domownikiem. Po mnie i muchach oczywiście. Patrzę na niego codziennie przed snem i po przebudzeniu. Teraz też. Tak sobie czasem „siedzimy” na wprost siebie i dumamy. Ja i mój Anioł. Chyba nie oddałabym go za żadne pieniądze. Mimo, a może właśnie dlatego, że nie jest doskonały – od roku funkcjonuje jako „niedokończony”( na co nikt inny oprócz mnie nigdy nie zwrócił uwagi). Przez to może jeszcze bardziej ludzki.

Anioł autorstwa Marty Sokół

  Nie myślałam nigdy, że anioł może być lamusowy. Zabytkowy, owszem, ale takich się na strychu nie upycha ani ze starych i sponiewieranych tam rzeczy nie tworzy. Tak mi się zdawało. Jednak jakiś czas temu, wśród niezliczonej ilości wspaniałych aniołów tworzonych przy pomocy jedynie talentu i rąk własnych, trafiłam na niezwykłe okazy. W „Galerii pod Aniołem”- bo o niej tu właśnie mowa – wśród pięknych starych przedmiotów, mieszkają anioły prawdziwie lamusowe, zrobione ze starych skornikowanych desek, starych blach, drutów i innych różności, wśród których dopatrzyłam się chyba nawet zużytych części maszyn. Najbardziej lamusowe niebo, jakie widziałam! I od razu poczułam, że to mogłoby być moje niebo.

Galeria pod Aniołem

     Bo gdybym miała stworzyć „Anioła z lamusa” to chciałabym, żeby wyglądał jak jeden z nich. Nie zrobiłabym tego lepiej niż ich autorka, Marta Sokół. Czuć w nich prawdziwą pasję i radość tworzenia, a sama galeria jest miejscem niezwykłym, nierzeczywistym, prawdziwie magicznym. Anioły są wszędzie: w progu witają z iście anielską przekorą „ ci co ten próg przekraczają, czego nam życzą niech i sami mają”, przesiadują na schodach, zabytkowych szafkach, parapetach. Jeżdżą starym wiejskim wozem, łapią drzemkę na spróchniałym pieńku i debatują przy starej beczce.Bądż szczęśliwy teraz. Czuj się dobrze teraz. To jedyne,co musisz robić.” pisze autorka na swojej stronie. Ja czuję, że żeby się uszczęśliwić, muszę te cuda zobaczyć na własne oczy. I zwyczajnie, po ludzku, wcale nie po cichutku, ale ze szczerym uśmiechem, troszkę jej tego lamusowego skrawka nieba  zazdroszczę…

 
 

List do Świętego Mikołaja.

04 gru

Drogi Święty Mikołaju!

 

Nie czekaj aż będę sama w domu i nie pomyl mnie z Kevinem. Przez komin też nie ryzykuj – mieszkam w wieżowcu… Na parterze… Nie zakradaj się cichaczem i nie wkładaj nic pod poduszkę, bo mogę dostać zawału. Zaprzęgiem reniferów też nie próbuj – nie ten region – strefa powietrzna jest tu zarezerwowana dla czarownic. Masz jeszcze dwa dni, więc wymyśl coś. Jak już jakoś wejdziesz, to nie narzekaj że śmieci nie wyniesione i kubki nie umyte – ja pracuję cały czas, nie tylko 6-ego grudnia. Wiesz, że nie jestem materialistką, nie oczekuję diamentów czy nowego samochodu. Ale nowy akumulator by się przydał. Jakieś płyty, książki, nowe buty i torebka? I przynieś mi dużo czasu. I cierpliwości. I stary gramofon, taki z tubą.  A jak się nie da, to chociaż bądź „w klimacie” i nie strój się na czerwono. Zaśpiewaj jak Sinatra, zatańcz jak Fred Astaire i pogadaj ze mną jak Kałużyński z Raczkiem.

Z góry dziękuję.

L.

Twoja i tak wierna fanka.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii o mnie

 

Kapelusz Sinatry.

30 lis

Powiedziałam że napiszę o Sinatrze. Co więcej odgrażałam się nawet, iż mogłabym to robić stale. A potem siadłam i zdębiałam. Bo jak napisać o Sinatrze, załóżmy dwie stroniczki? Dwie stroniczki to można wystukać na temat jednej piosenki, blizn na twarzy albo koloru butów. Biografie tego człowieka nie liczą mniej niż 500 stron, a każda wnosi coś nowego. Rozpisać się o Franku na całe dwie strony to beznadziejny pomysł. Nuda, sztampa i skrótowość. Tak się nie godzi traktować Mistrza.

Będzie więc tym razem garderobiano, a konkretnie kapeluszowo. Otóż takie tam nakrycie głowy. Z rondem. Pomysł żywcem ściągnięty z grzyba. Człowiek w tym niczym grzyb, składa się z odrastającego od ziemi trzonu i kapelusza na szczycie. Stworzony po to by głowa nie marzła, choć na mrozy odpowiedniejsza i tak wydaje się wełniana czapka. Nie od dziś wiadomo jednak, że nic nie dzieje się bez przyczyny i w istnieniu kapelusza musi być jakiś sens i przyczyna głębsza niźli mróz. W kapeluszach dzieją się rzeczy niezwykłe. Rosną włosy, szerzą się łysiny, rodzą się genialne odkrycia, kwitną zbrodnie i intrygi a w niektórych mieszkają króliki. Kapelusze przykrywają głowy niezwykłe, a głowom przeciętnym dodają niezwykłości. Wchodzą z właścicielem (a właściwie nosicielem) w niezwykłą zażyłość, związek tak ścisły i konieczny, że jedno nie istnieje bez drugiego. Weżmy Chaplina – ile osób rozpoznało by go bez słynnego melonika? Wyobrażacie sobie Holmesa bez charakterystycznego „kapelusika” albo Slasha bez cylindra? Mojej zdecydowanie przeciętnej głowie sprezentowano wczoraj piękną fedorę. Kapelusz mafiosów i policjantów, filmowych amantów, dżentelmenów, cwaniaków i kloszardów. I wreszcie – kapelusz Franka Sinatry i mojego dziadka. O tym że dziadek posiada kapelusz dowiedziałam się mając lat 9, kiedy to udałam się z nim do pobliskiego kościółka. Zakładał go tylko kilka razy w roku, na ważne okazje, to znaczy, gdy wybrał się na mszę – a robił to tylko z ważnych okazji:) Szłam wtedy koło dziadka z zadartą głową, wpatrując się, czy ten tam pod kapeluszem to aby na pewno on. W kapeluszu bowiem wygląda się dostojniej, dojrzalej i bardziej elegancko. Z Sinatrą rzecz miała się nie inaczej. W latach 50-tych Frankie włożył na głowę kapelusz i stał się Frankiem. A dla niektórych Francisem. Triumfalnie wrócił na scenę. Zmienił nie tylko wytwórnię. Zmienił się też jego wizerunek. I Głos. Nie był już ckliwy, delikatny i rozmarzony. Jego schropowaciałe od papierosów i morza brandy gardło nadało mu „kanciastości”. W zapomnienie odeszły śmieszne muchy uwiązane wokół szyi, w ustach pojawił się nieodłączny papieros, a na twarzy – w zależności od wymogów chwili- ból osamotnienia lub szelmowski uśmiech. Sinatra wszedł w wiek dojrzały. Noszone na bakier kapelusze stały się jego znakiem rozpoznawczym, a w opinii osób z jego otoczenia, to jak leżały mu na głowie, w chwili gdy śpiewał- naciągnięte na oczy, czy też zsunięte na czubek głowy – było barometrem nastroju, w którym się znajdował. Jak nikt inny potrafił wykorzystać jego magię. Żeby nie było tak podniośle – Niebieskooki zaczął łysieć, i kapelusz sprawdzał się w tej kwestii idealnie. W mojej świadomości Frank nie mógłby już istnieć bez kapelusza. A kapelusz bez Franka. I musiał doskonale wiedzieć o tym, o czym wie pewnie większość „nosicieli”. Świat spod kapelusza wygląda inaczej. Docierają tylko jego fragmenty. Trzeba zadzierać głowę i kręcić szyją, żeby nie umknęło nam żadne kuriozum otaczającej nas rzeczywistości. W kapeluszu widzimy tyle ile widzieć chcemy. I dobrze, bo czasem na to wszystko chce się po prostu nisko spuścić rondo…

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii z szafy

 

Wampir wampirowi nierówny.

18 lis

 

       Są od zawsze. Jak balonowa guma do żucia i blok czekoladowy. Wampiry. Nieodłączny element mojego dzieciństwa. Analogia pomiędzy nimi jest taka, że kojarzą mi się ze straszeniem. Od gumy i czekolady miały mi wypaść zęby, a filmów o wampirach lepiej nie oglądać, bo nie będę mogła spać, lub co gorsze, w nocy o północy zjawi się taki koło łóżka i będzie chciał wyssać krew. Jak każda mądra dziewczynka i niejeden mądry chłopiec wiedziałam, że w przypadku, gdyby jakiś Nocny Marek z dużymi zębami zainteresował się moja niewinną osobą, warto mieć na szyi krzyżyk święty, a pod poduszką ząbek czosnku i solidnie wystrugany osikowy kołek. Ta wiedza – wyniesiona oczywiście z filmów- nie bardzo mnie uspokajała. Na dodatek starsze rodzeństwo podgrzewało atmosferę różnymi ciekawymi opowieściami z dreszczykiem, które rzekomo wydarzyły się naprawdę, próbując dowieść faktycznego istnienia gatunku ssaka (wrrrrr) nazywanego wampirem. Jakby to, że taki śpi w trumnie, pije krew i przemienia poczciwych ludzi w sobie podobnych, było niewystarczające. Mój dziecięcy wtedy odbiór horroru sprowadzał się do dwóch zasadniczych aspektów: strachu i uldze, ze na koniec wampir i tak zostaje pokonany. Dobro zwycięża zło. Przygoda z wampirami zaczęła się klasycznie i z zachowaną chronologią. Wierni kinomaniacy z lamusa, pamiętają pewnie, ze przed tym, jak „perły” zagościły w „dwójce”, program pierwszy posiadał swój własny cykl „W starym kinie”, goszczący na antenie w każde niedzielne popołudnie.

Nosferatu-symfonia grozy (1922)

Tam obejrzałam „Nosferatu-symfonia grozy”. Pomysł bardzo odważny emitować horror w niedzielę po mszy, ale nie o to przecież w cyklu chodziło żeby straszyć i szokować , ale przypominać niektórym, a innych zadziwiać (np. mnie). Wiadomo że w epoce „Obcych”, „Egzorcystów” i Freddiego Kruegera nikogo nie przestraszy czarno-biały niemy obraz, bez śladu krwi. Ale tam gdzie nie wszystko dosłowne i w pełni pokazane, rodzi się przecież największe pole dla wyobraźni. Cień wampira na schodach sprawiał, że wstrzymywałam oddech, a scenę kiedy hrabia wstaje z trumny pamiętam do tej pory.  Podobno do dziś nie wiadomo, w jaki sposób aktor podnosił się z niej pionowo. No bałam się.

Dracula (1931)

Mniej bałam się Drakuli-amanta granego przez Belę Lugosi (1931) , którego elektryzujące spojrzenie wpijało się w ofiarę (i panie przed ekranem) silniej niż zęby. Nie podobało mi się że ten wampir taki przystojny, bo ładnego trudniej przecież wziąć w niełaskę. Dylemat miałam straszny. Najbardziej bałam się jednak, kiedy obejrzałam „Nosferatu wampir” Herzoga. Przerażał mnie tak bardzo, że przez większość filmu nie wytrzymywałam napięcia i zasłaniałam oczy. Klaus Kinski stworzył porażające mnie wtedy wcielenie zła i brzydoty. Do tej pory nie obejrzałam go ponownie, być może miałabym inne wrażenia:)

Z czasem wyrosłam z dziecinnego strachu, a filmy o wampirach, wilkołakach, zombie i innych babokach przestały wzbudzać moje zainteresowanie. I pewnie nie sięgnęłabym po nie ponownie, gdyby nie saga „Zmierzch”. Obejrzałam, oczywiście po czasie i się pytam: Gdzie te Wampiry? Prawdziwe takie? No niby jest wątek miłosny wampirzo-ludzki i człekozwierza różnego pełno, tylko sam wampir jakiś taki przezroczysty, bez wyrazu, zbyt blady, zimny i mizerny. Rzec by można „bez jaj”. Rozumiem że to wampir-abstynent i zacnie z jego strony, bo w XXI wieku dzielnie walczymy z nałogami, ale czy naprawdę tak ma wyglądać Wampir Naszych Czasów? Krwiopijcy jeżdzą tam samochodami i chodzą do szkoły (wilkołaki też). Są wampiry dobre i wampiry złe, jedne czają się na drugich, a na tych czają się jeszcze inni. Wszyscy mają dodatkowe nadprzyrodzone moce. Niby tego dużo. Tylko samego wampira w wampirze mało.

Gary Oldman i Winona Ryder, Dracula (1992)

      Z sentymentem sięgnęłam więc po „Draculę” Coppoli. I po raz kolejny się tym filmem nie rozczarowałam. Wampir z krwi(!) i kości, niejednowymiarowy, targany uczuciami i wymykający się jednoznacznej ocenie. Przerażający, tajemniczy, niebezpieczny i władczy, ale momentami wzbudzający uczucia. Genialna rola Garego Oldmana. Przerażam się nim i wzruszam na zmianę. Z przewagą „przerażam” jak na horror przystało, choć jeśli już, to film o Drakuli określiłabym horrorem romantycznym. Tych nowoprodukowanych wampirów nie boję się nic. Ani zmierzchowych ani świtowych. Brak im metafizyczności hrabiego Vlada, jego siły i wewnętrznego rozdarcia, godnego najsławniejszych romantycznych bohaterów.  Same zostały wyssane,  zeszły pod strzechy, spiłowały zęby i przeszły na wegetarianizm. Nie wiadomo czy są dobre czy złe.  Czy mamy się ich bać , czy im dopingować. Nawet dzieci bawią się wampirzymi lalkami.  Już bardziej boję się wampirów emocjonalnych, wysysających energię, siłę, optymizm i chęci – na nich można natknąć się naprawdę…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii z kina