RSS
 

Archiwum - Listopad, 2013

Kapelusz Sinatry.

30 lis

Powiedziałam że napiszę o Sinatrze. Co więcej odgrażałam się nawet, iż mogłabym to robić stale. A potem siadłam i zdębiałam. Bo jak napisać o Sinatrze, załóżmy dwie stroniczki? Dwie stroniczki to można wystukać na temat jednej piosenki, blizn na twarzy albo koloru butów. Biografie tego człowieka nie liczą mniej niż 500 stron, a każda wnosi coś nowego. Rozpisać się o Franku na całe dwie strony to beznadziejny pomysł. Nuda, sztampa i skrótowość. Tak się nie godzi traktować Mistrza.

Będzie więc tym razem garderobiano, a konkretnie kapeluszowo. Otóż takie tam nakrycie głowy. Z rondem. Pomysł żywcem ściągnięty z grzyba. Człowiek w tym niczym grzyb, składa się z odrastającego od ziemi trzonu i kapelusza na szczycie. Stworzony po to by głowa nie marzła, choć na mrozy odpowiedniejsza i tak wydaje się wełniana czapka. Nie od dziś wiadomo jednak, że nic nie dzieje się bez przyczyny i w istnieniu kapelusza musi być jakiś sens i przyczyna głębsza niźli mróz. W kapeluszach dzieją się rzeczy niezwykłe. Rosną włosy, szerzą się łysiny, rodzą się genialne odkrycia, kwitną zbrodnie i intrygi a w niektórych mieszkają króliki. Kapelusze przykrywają głowy niezwykłe, a głowom przeciętnym dodają niezwykłości. Wchodzą z właścicielem (a właściwie nosicielem) w niezwykłą zażyłość, związek tak ścisły i konieczny, że jedno nie istnieje bez drugiego. Weżmy Chaplina – ile osób rozpoznało by go bez słynnego melonika? Wyobrażacie sobie Holmesa bez charakterystycznego „kapelusika” albo Slasha bez cylindra? Mojej zdecydowanie przeciętnej głowie sprezentowano wczoraj piękną fedorę. Kapelusz mafiosów i policjantów, filmowych amantów, dżentelmenów, cwaniaków i kloszardów. I wreszcie – kapelusz Franka Sinatry i mojego dziadka. O tym że dziadek posiada kapelusz dowiedziałam się mając lat 9, kiedy to udałam się z nim do pobliskiego kościółka. Zakładał go tylko kilka razy w roku, na ważne okazje, to znaczy, gdy wybrał się na mszę – a robił to tylko z ważnych okazji:) Szłam wtedy koło dziadka z zadartą głową, wpatrując się, czy ten tam pod kapeluszem to aby na pewno on. W kapeluszu bowiem wygląda się dostojniej, dojrzalej i bardziej elegancko. Z Sinatrą rzecz miała się nie inaczej. W latach 50-tych Frankie włożył na głowę kapelusz i stał się Frankiem. A dla niektórych Francisem. Triumfalnie wrócił na scenę. Zmienił nie tylko wytwórnię. Zmienił się też jego wizerunek. I Głos. Nie był już ckliwy, delikatny i rozmarzony. Jego schropowaciałe od papierosów i morza brandy gardło nadało mu „kanciastości”. W zapomnienie odeszły śmieszne muchy uwiązane wokół szyi, w ustach pojawił się nieodłączny papieros, a na twarzy – w zależności od wymogów chwili- ból osamotnienia lub szelmowski uśmiech. Sinatra wszedł w wiek dojrzały. Noszone na bakier kapelusze stały się jego znakiem rozpoznawczym, a w opinii osób z jego otoczenia, to jak leżały mu na głowie, w chwili gdy śpiewał- naciągnięte na oczy, czy też zsunięte na czubek głowy – było barometrem nastroju, w którym się znajdował. Jak nikt inny potrafił wykorzystać jego magię. Żeby nie było tak podniośle – Niebieskooki zaczął łysieć, i kapelusz sprawdzał się w tej kwestii idealnie. W mojej świadomości Frank nie mógłby już istnieć bez kapelusza. A kapelusz bez Franka. I musiał doskonale wiedzieć o tym, o czym wie pewnie większość „nosicieli”. Świat spod kapelusza wygląda inaczej. Docierają tylko jego fragmenty. Trzeba zadzierać głowę i kręcić szyją, żeby nie umknęło nam żadne kuriozum otaczającej nas rzeczywistości. W kapeluszu widzimy tyle ile widzieć chcemy. I dobrze, bo czasem na to wszystko chce się po prostu nisko spuścić rondo…

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii z szafy

 

Wampir wampirowi nierówny.

18 lis

 

       Są od zawsze. Jak balonowa guma do żucia i blok czekoladowy. Wampiry. Nieodłączny element mojego dzieciństwa. Analogia pomiędzy nimi jest taka, że kojarzą mi się ze straszeniem. Od gumy i czekolady miały mi wypaść zęby, a filmów o wampirach lepiej nie oglądać, bo nie będę mogła spać, lub co gorsze, w nocy o północy zjawi się taki koło łóżka i będzie chciał wyssać krew. Jak każda mądra dziewczynka i niejeden mądry chłopiec wiedziałam, że w przypadku, gdyby jakiś Nocny Marek z dużymi zębami zainteresował się moja niewinną osobą, warto mieć na szyi krzyżyk święty, a pod poduszką ząbek czosnku i solidnie wystrugany osikowy kołek. Ta wiedza – wyniesiona oczywiście z filmów- nie bardzo mnie uspokajała. Na dodatek starsze rodzeństwo podgrzewało atmosferę różnymi ciekawymi opowieściami z dreszczykiem, które rzekomo wydarzyły się naprawdę, próbując dowieść faktycznego istnienia gatunku ssaka (wrrrrr) nazywanego wampirem. Jakby to, że taki śpi w trumnie, pije krew i przemienia poczciwych ludzi w sobie podobnych, było niewystarczające. Mój dziecięcy wtedy odbiór horroru sprowadzał się do dwóch zasadniczych aspektów: strachu i uldze, ze na koniec wampir i tak zostaje pokonany. Dobro zwycięża zło. Przygoda z wampirami zaczęła się klasycznie i z zachowaną chronologią. Wierni kinomaniacy z lamusa, pamiętają pewnie, ze przed tym, jak „perły” zagościły w „dwójce”, program pierwszy posiadał swój własny cykl „W starym kinie”, goszczący na antenie w każde niedzielne popołudnie.

Nosferatu-symfonia grozy (1922)

Tam obejrzałam „Nosferatu-symfonia grozy”. Pomysł bardzo odważny emitować horror w niedzielę po mszy, ale nie o to przecież w cyklu chodziło żeby straszyć i szokować , ale przypominać niektórym, a innych zadziwiać (np. mnie). Wiadomo że w epoce „Obcych”, „Egzorcystów” i Freddiego Kruegera nikogo nie przestraszy czarno-biały niemy obraz, bez śladu krwi. Ale tam gdzie nie wszystko dosłowne i w pełni pokazane, rodzi się przecież największe pole dla wyobraźni. Cień wampira na schodach sprawiał, że wstrzymywałam oddech, a scenę kiedy hrabia wstaje z trumny pamiętam do tej pory.  Podobno do dziś nie wiadomo, w jaki sposób aktor podnosił się z niej pionowo. No bałam się.

Dracula (1931)

Mniej bałam się Drakuli-amanta granego przez Belę Lugosi (1931) , którego elektryzujące spojrzenie wpijało się w ofiarę (i panie przed ekranem) silniej niż zęby. Nie podobało mi się że ten wampir taki przystojny, bo ładnego trudniej przecież wziąć w niełaskę. Dylemat miałam straszny. Najbardziej bałam się jednak, kiedy obejrzałam „Nosferatu wampir” Herzoga. Przerażał mnie tak bardzo, że przez większość filmu nie wytrzymywałam napięcia i zasłaniałam oczy. Klaus Kinski stworzył porażające mnie wtedy wcielenie zła i brzydoty. Do tej pory nie obejrzałam go ponownie, być może miałabym inne wrażenia:)

Z czasem wyrosłam z dziecinnego strachu, a filmy o wampirach, wilkołakach, zombie i innych babokach przestały wzbudzać moje zainteresowanie. I pewnie nie sięgnęłabym po nie ponownie, gdyby nie saga „Zmierzch”. Obejrzałam, oczywiście po czasie i się pytam: Gdzie te Wampiry? Prawdziwe takie? No niby jest wątek miłosny wampirzo-ludzki i człekozwierza różnego pełno, tylko sam wampir jakiś taki przezroczysty, bez wyrazu, zbyt blady, zimny i mizerny. Rzec by można „bez jaj”. Rozumiem że to wampir-abstynent i zacnie z jego strony, bo w XXI wieku dzielnie walczymy z nałogami, ale czy naprawdę tak ma wyglądać Wampir Naszych Czasów? Krwiopijcy jeżdzą tam samochodami i chodzą do szkoły (wilkołaki też). Są wampiry dobre i wampiry złe, jedne czają się na drugich, a na tych czają się jeszcze inni. Wszyscy mają dodatkowe nadprzyrodzone moce. Niby tego dużo. Tylko samego wampira w wampirze mało.

Gary Oldman i Winona Ryder, Dracula (1992)

      Z sentymentem sięgnęłam więc po „Draculę” Coppoli. I po raz kolejny się tym filmem nie rozczarowałam. Wampir z krwi(!) i kości, niejednowymiarowy, targany uczuciami i wymykający się jednoznacznej ocenie. Przerażający, tajemniczy, niebezpieczny i władczy, ale momentami wzbudzający uczucia. Genialna rola Garego Oldmana. Przerażam się nim i wzruszam na zmianę. Z przewagą „przerażam” jak na horror przystało, choć jeśli już, to film o Drakuli określiłabym horrorem romantycznym. Tych nowoprodukowanych wampirów nie boję się nic. Ani zmierzchowych ani świtowych. Brak im metafizyczności hrabiego Vlada, jego siły i wewnętrznego rozdarcia, godnego najsławniejszych romantycznych bohaterów.  Same zostały wyssane,  zeszły pod strzechy, spiłowały zęby i przeszły na wegetarianizm. Nie wiadomo czy są dobre czy złe.  Czy mamy się ich bać , czy im dopingować. Nawet dzieci bawią się wampirzymi lalkami.  Już bardziej boję się wampirów emocjonalnych, wysysających energię, siłę, optymizm i chęci – na nich można natknąć się naprawdę…

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii z kina

 

Rzecz o mych starych aparatach…

11 lis

 

    Nie jestem kolekcjonerem. Jestem wyszperywaczo – zbieraczem, albo po prostu lamusiarą:)
Kolekcjonowanie kojarzy mi się z bogactwem, a ja bogata jak na razie nie jestem. Swoje „cudeńka” wynajduję na pchlich targach, w babcinych szopach, ewentualnie allegro. Po minimalnych kosztach, ale z maksymalną radością. A że zawsze miałam miękkie serce i wszystko co biedne, opuszczone, smutne i zaniedbane wzbudzało we mnie wszelkie pokłady współczucia, tak i w tym przypadku, im biedniej wyglądający eksponat, tym większa we mnie chęć by mu pomóc i otoczyć opieką.
   Stare aparaty darzę szczególnymi względami. Piękne przedmioty, precyzyjna konstrukcja i świat zatrzymany jednym pstryknięciem migawki. Wspaniali czarodzieje pozwalający dotknąć tego co już minione, poczuć to co nieuchwytne. Stare fotografie zawsze wzbudzały we mnie duże emocje – wzruszały, rozśmieszały skłaniały do zastanowienia i niejednokrotnie do „pogrzebania” w historii. Stare zdjęcia rodzinne zawsze będą dla mnie niezwykle cenną pamiątką. Dlatego bardzo szanuję ich „sprawców” i jeśli tylko mam okazję, staram się zapewnić im godziwą emeryturę. Przeczytaj resztę notki »

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii ze strychu

 

Bo ważna jest pasja.

06 lis

 Cenię w ludziach pasję, jakkolwiek by na to nie patrzeć. Ja na przykład, z pasją gapię się w sufit i delektuję przypalonymi ziemniakami. Jak powszechnie wiadomo, z sufitu nie wydobywają się żadne rozwiązania dręczących nas problemów, a spalenizna roi się od wolnych rodników i substancji rakotwórczych. Więc to musi być pasja. Z pasją nie wygrasz. Pasja czyni Cię szczęśliwszym, ciekawszym, dodaje energii i pozytywnie nastawia do świata. Gapienie się w sufit mnie relaksuje, a przypalone ziemniaki najwidoczniej zwiększają produkcję serotoniny, bo z lubością wyszukuję coraz to bardziej przyfajczonego i pochłaniam go z uśmiechem. Poza sufitem i ziemniakami rządzi mną jeszcze kilka pasji. Jak już wspominałam, z pasją szperam w starociach, zwiedzam ruiny, oglądam filmy o gangsterach i gromadzę na półkach różne niekoniecznie użytkowe, ale w moim bardzo subiektywnym odczuciu niezwykle piękne przedmioty, jak: zardzewiały aparat fotograficzny, zepsute radio, spróchniała ramka, bliżej nieokreślone naczynia, a nawet guziki z munduru mojego dziadka. Z pasją czytam. Nie zawsze to co polecane i uznane za arcydzieło. To mnie czasem męczy i brak mi pewności czy to ja nie ogarniam, czy też dzieło jest nieogarnięte. Z pasją robię po swojemu. Czasem coś namaluję – jak nie gangstera to anioła, ewentualnie jakiegoś golasa, Czasem coś wydziergam. Częściej zacznę, rzadziej skończę – więc to chyba nie jest już pasja. Pasjonują mnie talenty innych. Śpiewających, piszących, malujących, grających, tańczących, robiących coś z niczego i tych sprawiających wrażenie. Z pasją myszkuję w tikejmaksie i lumpeksach. Czuję radość, gdy znajdę coś pięknego (w swym nadal bardzo subiektywnym odczuciu). Pasja mnie rozwija i ćwiczy silną wolę. Z pasją oglądam i przymierzam buty, dotykam ich miękkiej skórki, mówię im że są piękne, po czym odkładam na półkę przekonując wolę, że nie potrzebujemy kolejnej pary i mamy ważniejsze wydatki w tym miesiącu. Z pasją słucham muzyki, najchętniej w samotności – nic tak nie odbiera przyjemności słuchania, jak czyjeś „ścisz trochę” czy „nie masz nic innego?”. Z pasją przeklinam. Najczęściej głupotę. Czas – bo mija za szybko albo za wolno – w zależności czy jestem w pracy, czy nie. Samochód – bo gaśnie na światłach, albo jedynka nie wchodzi. Obowiązkowo innych kierowców, dziury w drodze, rząd, premiera, brak podwyżki i psie kupy na trawniku. Pasja może być nałogiem, a nałóg może być pasją. Sherlock Holmes z pasją palił fajkę i przyskrzyniał bandytów. Casanova pasjonował się seksem, Elizabeth Taylor brylantami, a Sinatra Jackiem Danielsem. Życie bez pasji traci sens, jest nieciekawe i monotonne. Ale przynajmniej śpi się dłużej.  Moją nową pasją jest nie oglądanie TV, nie dowiadywanie się co słychać u Justina Bibera i nie wnikanie, czym zajmuje się trichopterologia. Przecież z pasją żyje się łatwiej!

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii o mnie

 

Gangsterzy dobrzy na wszystko…

01 lis

  Czasem naprawdę myślę, że urodziłam się w nieodpowiednim czasie. Oczywiście nieodpowiednim dla mnie, bo za innych wypowiadać się nie będę. Miejsce też pozostawia wiele do życzenia, ale to przynajmniej zawsze można zmienić. I nic nie pomoże, że znów modne są kapelusze, po ulicach jeździ nowa wersja garbusa, można wypić drinka w „knajpie z klimatem”, a Scorsese kręci kolejny film, w dodatku o Sinatrze (aż się boję kto go zagra). Uwielbiam filmy w    klimacie gangsterskiej Ameryki, groźnych panów w kapeluszach, panie w szmince i etoli, a wszystko okraszone jazzem sączącym się gdzieś z kąta sali. Mogę je oglądać w kółko i nie godzę się, że Coppola nie nakręci już kolejnej części „Ojca Chrzestnego”, Frank nie zmartwychwstanie, a do kapelusza trza założyć trendy trampki ;) Jedynie na ulicy jeszcze czasem PRAWDZIWY GARBUS pocieszająco mrugnie światłami…

Wiem, że ZŁY to ZŁY, nie ważne czy w kapeluszu czy w dresie. Nie chodzi o ocenę moralną, tylko o całą tą otoczkę, która sprawia, ze nie mogę się napatrzeć. Kolory, dźwięki, wnętrza i to co poza nimi. I oczywiście moda. Niech mi ktoś powie ze władza, siła i nieugiętość nie dodają charyzmy, a biała koszula, mucha i kapelusz nie oblekają tego w elegancję i nie wysubtelniają tego, co z natury subtelne nie jest? Vito Corleone staje się autorytetem,  a Michael (Al Pacino) przystojnieje w oczach. Aż chciałoby się mieć ich w rodzinie:)

Co zrobić gdy świat okazuje się za bardzo aktualny? Iść poszperać. Ale wcześniej wypić dobrą kawę i nastroić się ulubioną muzyką. A po wszystkim obejrzeć dobry film lub poczytać książkę. Sobotnie sprzątanie zdecydowanie odłożyć na później. Taki mam plan na jutrzejsze popołudnie. Korzystając z okazji, przetrzebić strych i wszystkie babcine szopy. Zabrałam ze sobą nową biografię Sinatry i dawno nie oglądane „Chinatown” Polańskiego. I już się uśmiecham:)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii z kina