RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2013

Wielka kariera małego zbrodniarza.

30 gru

Jego szkodliwość udowodniono już w połowie minionego wieku, ale dopiero w ostatnich latach zgotowano mu prawdziwą zagładę, za nic mając wkład w kulturę masową, kreowanie image’u, a nawet swoiste zasługi aktorskie. Kiedyś synonim emancypacji, tajemniczości, a nawet elegancji. Obecnie tępiony i prześladowany jak nigdy wcześniej. Papieros. Mistrz drugiego planu i najprawdziwszy gadżet ubiegłego stulecia. I choć wszystkie stawiane mu zarzuty wydają się słuszne, to przyznać trzeba, że przy przysłowiowym małym dymku zrodziło się kiedyś wiele wielkich karier.

„Wielki sen” z Humpreyem Bogartem i Lauren Bacall

Do kina wtargnął wraz z odzianą w męski frak Marleną Dietrich, czyniąc z niej przy okazji symbol seksu lat 30 – tych. Były to początki kina dźwiękowego i jak się później okazało wielkiej filmowej kariery papierosa. Wydawać by się mogło, że film dźwiękowy, jako sam w sobie wyższy poziom kinematograficznego rozwoju, nie potrzebuje żadnych dodatkowych bodźców, aby widza do siebie przyciągnąć i dodatkowo jeszcze zachwycić. Nic bardziej mylnego.  

Aktorzy pozbawieni wsparcia fonii, opisywali zdarzenia, oddawali przeżycia i nastroje za pomocą gestu i mimiki, w wielu przypadkach, w fotograficzny wręcz sposób oddając stany i zawiłości ludzkiej psychiki. Niemy obraz skłaniał do większej uwagi, pobudzał wyobraźnię, trzymał w niepewności i napięciu, które rozwiać mogło dopiero pojawienie się planszy z napisami. Kino dźwiękowe, zwłaszcza w swych początkach, tak zachłysnęło się swym wynalazkiem, że na plan dalszy zepchnęło obraz. Problem z ich przyjęciem mieli zarówno przyzwyczajeni do kina niemego widzowie jak i sami aktorzy, którzy często ówczesne dialogi uważali za prymitywne i banalne. Spencer Tracy na przykład, sztukę grania w dźwiękowcu sprowadzał do „nauczenia się tekstu i uważaniu, by nie obijać się o meble”.

I tu na ratunek przyszedł Pan Papieros. Aż dziw bierze, ile papierosów wypalano w ówczesnych filmach. Krótkie nieme sceny, w których bohaterowie zapalają papierosa czy zaciągają się dymem, paradoksalnie zawierają najwięcej emocji. Wielki aktor, John Barrymore twierdził wręcz, że filmy dźwiękowe znieść można jedynie dzięki umiejętnemu manewrowaniu papierosami. „Opracowałem dwadzieścia sposobów zapalania oraz tyleż samo pozycji przy wypuszczaniu dymu. Ocaliłem kupę filmów w ten sposób, tytoń był lepszy od dialogu”. W dymie nikotynowym rozgrywały się najważniejsze filmowe sceny.

Marlon Brando

Marilyn Monroe

Papieros stworzył niezapomniane duety z Humpreyem Bogartem, Jamesem Deanem, Johnem Waynem, Marlonem Brando, wspomnianą Dietrich , Lauren Bacall i wieloma innymi wspaniałymi gwiazdami, które trudno wyobrazić sobie dziś bez tego atrybutu. Jego rola nie ucinała się jednak wraz z pojawieniem się napisów końcowych filmu. Był nieodłącznym elementem codziennego wizerunku gwiazd. Panom dodawał męskości i pewności siebie, sprawiając, że osobnik z petem w ustach wydawał się większym macho niż ten bezpardonowo obnoszący się z bronią, dla pań był zaś atrybutem niezależności, a często narzędziem budowania napięcia erotycznego – wszak w oparach dymu powłóczyste damskie spojrzenie nabierało nowej, hipnotyzujacej mocy. 

Artyści uwielbiali pławić się w tytoniowym kłębie. Ten mały dymek w tle był niektórym chyba równie niezbędny, co poklask i uwielbienie publiki. Bez niego nie mógł też obejść się Sinatra, który wielokrotnie popalał, nie tylko w filmach ale i na scenie. „One for my baby” – jeden z jego największych przebojów – bez smutnego, pijackiego dymka nie byłby już tą sama piosenką. Zdjęcia z papierosem zdobią liczne okładki jego płyt. Frank tajemniczy, zamyślony, rozmarzony, osamotniony, łobuzerski, cwany, Frank przegrany i Frank triumfujący – to Frank z papierosem. Frank prawdziwy. Wiarygodny. Bo pomimo całej filmowo – wizerunkowej otoczki, papieros nadawał gwiazdom ludzkiego wymiaru. Niby wielcy i niedostępni, a jednak swoi. Ze słabościami i niedoskonałościami jak każdy. I papierosem, którego można dostać za rogiem.

W dobie antynikotynowej wojny, wszechobecnych zakazów, piętnowania kilkudziesięcioletnich filmów i zdjęć jako propagujących ten niecny dla zdrowia i świata proceder, gwiazdy ( i nie tylko) skrzętnie ukrywają swój nałóg. I choć wciąż zdarza się, że papierosy grają w filmach, to przyłapanie z nim jest istnym skandalem, nie wspominając o paleniu na scenie. W czym mają się zatem pławić współcześni, politycznie przykładni celebryci? Otóż, okazuje się, że postęp wyszedł naprzeciw oczekiwaniom, konstruując e-papierosa. Można spróbować, ale dymek to będzie również nieco trujacy, a do tego przezroczysty, krótkotrwały i sztuczny. I choć zabrzmieć to może nieprozdrowotnie, niewychowawczo, a nawet niepolitycznie, to podsumowanie – jaki dymek taka gwiazda – samo ciśnie się na… palce.

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii z kina

 

Gorące piwo i odgrzewane filmy.

15 gru

Nie jestem wielbicielką kuchni. Zdecydowanie bardziej wolę kanapę. Choć podziwiam kulinarne umiejętności innych, sama nie przepadam za gotowaniem, a brudne naczynia w zlewie potrafią sprawić, że omijam ją szerokim łukiem, udając że takie pomieszczenie w ogóle u mnie nie istnieje. Zdarza mi się oczywiście sporządzić czasem obiad lub nawet porwać się na wykwintną sałatkę, ale nie zmienia to faktu, że w kuchni to ja jednak najbardziej lubię gasić światło.

Tymczasem zawsze, kiedy dodaję nowy wpis, z jego dołu niezmiennie atakuje mnie sugestia ”dodaj do agregatu kulinarnego”. Agregat kulinarny jest mi równie bliski co rachunek różniczkowy, pozycjonowanie strony i wymiana koła w samochodzie. Smutkiem mnie napawa całkowity brak innych agregatów i raz za razem, z grymasem rezygnacji na twarzy zaprzeczam, aby to co napisałam miało cokolwiek wspólnego z kulinariami. Aż do teraz, kiedy to postanowiłam połączyć przyjemne z kulinarnym. 

Nie od dziś wiadomo, że nie ma nic lepszego na zimowe, filmowe wieczory, niż dobrze zrobione grzane piwo. Dobrze zrobione grzane piwo wykonuje się z niepasteryzowanego „Kujawiaka” , którego niepodzielne walory drogą przypadku odkryła moja koleżanka Agnieszka.  Agnieszka, w przeciwieństwie do mnie, pozostawiając za sobą wiek dziewczęcy, zaczęła interesować się kuchnią, ale w sposób, który nawet mnie wydaje się fascynujący, bo wymyśla pyszności z tego, co akurat ma pod ręką, a przeważnie ma tego niewiele. Talent można w sobie odkryć w różnym wieku i całkiem niespodziewanie, czego ona jest żywym dowodem. Wracając do „Kujawiaka”, dodajemy do niego oczywiście to co akurat mamy. Ja przeważnie mam cynamon, gałkę muszkatołową, miód gryczany (miodu nie żałujemy) i plaster pomarańczy. Rzadziej zdarza mi się mieć goździki, ale też warto dodać. I uwaga, bardzo ważne! Bieganie do sklepu po składniki psuje całą przyjemność! Jeśli nie macie naprawdę nic, to do gorącego piwa dodajcie dużą łyżkę cukru. Też będzie dobrze;) Spożywamy w glinianym, babcinym kubku. Do grzańca, tym, którzy nie są już stanu wolnego polecam „Słomianego wdowca”, a wolnym, szczególnie paniom „Jak poślubić milionera”. I pamiętajcie, że po alkoholu, z pojazdów mechanicznych, kierować możemy jedynie windą:)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii o mnie

 

Ile się płaci za bycie sobą?

11 gru

 

A czytał pan, panie Zygmuncie Bliblię?

- Stale czytuję, bez przerwy! Znakomita książka, polecam gorąco, szczególnie osobom duchownym.

 

   Gdyby żył, skończyłby dzisiaj 95 lat. Wokół jego życia narosły historie i niedomówienia grubością odpowiadające warstwom kurzu i pajęczyn w jego mieszkaniu. Dla niektórych palant z małpią gębą, brudas i dziwadło. Dla mnie prawdziwa perła i dowód na to, że nie szata zdobi człowieka. Od kiedy pojawił się w telewizji, a właściwie od kiedy ja go tam zobaczyłam, wrył mi się w umysł. Początkowo jako ciekawie opowiadający, trochę nadpobudliwy ruchowo pan, z czasem jako pasjonat o szerokiej wiedzy, a od momentu kiedy przeczytałam pierwszą jego książkę, jako piekielnie inteligentny i dociekliwy tropiciel obłudy, pasjonat obdarzony niebanalnym poczuciem humoru i co najbardziej istotne – prawdziwie wolny człowiek. Z rozkoszą czytam jego książki i choć sporo ich napisał, z niepokojem myślę o chwili, gdy sięgnę po ostatni nieprzeczytany tytuł. Nigdy nie ograniczał się tylko do kina. Wachlarz tematów, które poruszał trudno ująć w jakieś ramy. Tak samo fascynująco pisał o paryskich prostytutkach, wojnie, gwiazdach kina i Biblii. W swoim skrajnym zachwycie doszłam nawet do wniosku, że więcej wiedzy o kulturze i historii można wynieść z jednej jego książki, niż z opasłych i nieprzystępnych encyklopedycznych tomów. Jeśli już o czymś pisał, to podchodził do tego z zaangażowaniem i dogłębną wiedzą popartą własnymi przemyśleniami. Rzeczy nazywał po imieniu, a kiedy było trzeba walnął z grubej rury. I trudno było się z nim nie zgodzić. Swoją ocenę zawsze jednak popierał solidnymi argumentami i gotów był na wymianę myśli. Bo tylko tam gdzie jest dyskusja – twierdził – powstają wartościowe poglądy. Inna rzecz, że „dyskusja” sprowadzała się nierzadko do agresji drugiej ze stron, a wyszukiwanie w wypowiedziach Kałużyńskiego nieścisłości, bez znaczenia dla głównego tematu, stało się dla poniektórych pasją równie pochłaniającą jak dla wyżej wymienionego kino.   Żył po swojemu, pogardzał pieniędzmi i władzą , uważał, że wszyscy ludzie są sobie równi, a swoje słynne niechlujstwo ubrał w naukowo- egzystencjalną ideologię, argumentując ostatecznie, że „człowiek został stworzony do myślenia a nie do sprzątania” i można czuć się szczęśliwym nie zmieniając codziennie skarpetek.  Z czym też trudno się nie zgodzić, bo osobowości, wiedzy i talentu pisarskiego pozazdrościć by mu mogło wielu schludnych i pod szyję samą odprasowanych. Ten brak zależności od kogokolwiek i czegokolwiek, dał mu najcenniejszą i bodaj najbardziej trudną w utrzymaniu wartość – własną osobistą wolność. Nie wiadomo, co bardziej mierziło jego oponentów – to co mówił, czy sam fakt, że miał odwagę to wypowiedzieć, nie zważając na prestiż i glorię krytykowanego nazwiska.  

    Wczoraj dotarł do mnie „Alfabet na 4 ręce” a wraz z nim film-wywiad „Pół życia w ciemnościach”, ostatni, tuż przed jego odejściem. Zaledwie 45 min, ale zobaczyć pana Zygmunta na ekranie jeszcze raz, to niebywała przyjemność. Bardzo ciepła, szczera i wzruszająca rozmowa z Tomaszem Raczkiem. Jest jeszcze jedna ważna kwestia, która nasuwa mi się zawsze, kiedy Zygmunta Kałużyńskiego oglądam, słucham lub czytam: Ile się płaci za bycie sobą? Otóż płaci się samotnością. Byciem wykpiwanym, obrażanym i klasyfikowanym jako wariat. A co trzeba zrobić, żeby móc być sobą mimo wszystko? Trzeba siebie kochać. „Jestem w sobie zakochany panie redaktorze, to jest jedyne uczucie, jakiego jestem absolutnie pewny”. Pogląd mało popularny. Bo ten rodzaj uczucia, często mylony jest z zadufaniem i arogancją. A szkoda, bo właśnie z niczego innego, jak tylko z niekochania siebie, bierze się szeroko pojęty brak „miłości bliźniego”. Zatem wszystkim otwartym i zaciekawionym rekomenduję pozycje pana Zygmunta, a tym innym, którzy właśnie na kimś jakieś psy wieszają, nieco więcej miłości do siebie samych zalecam;)

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii z kina

 

Anioły z lamusińskiego nieba

08 gru

        Babcia mi mówiła, że wiatr to nic innego jak trzepot anielskich skrzydeł. Przez ostatnich kilka dni musiało ich fruwać w takim razie bardzo dużo. I mówiła jeszcze, że każdy ma swojego anioła. Że chodzi za mną krok w krok i sprawdza czy nic złego mi się nie dzieje. I że nie mogę go zobaczyć, ale mogę odczuć jego obecność. Strasznie mi wtedy w głowie namąciła. Bo jak można kogoś poczuć, a nie zobaczyć? Czy to duch? Nie, Anioł Stróż. Czy ktoś go widział? Pewnie nikt. Ale pewnie większość z Was doświadczyła kiedyś jego działania. Trochę jak ze Świętym Mikołajem, tylko że z niego akurat się wyrasta. Anioł zostaje z nami na zawsze. I jak na wysłannika niebios przystało jest doskonale dobry, szlachetny i mądry. Można by długo dywagować o aniołach w kulturze, rozprawiać na temat wiary i psychologicznego aspektu ich istnienia, ale nie o to mi akurat chodzi. Mnie zawsze ciekawi, jak anioły widzą inni.

Lamusińskiej anioł własny

Nie ma wdzięczniejszego tematu we wszelkich plastycznych sztukach, niż one. Bo poza tym, co o nich wiemy – że mają skrzydła i postać ludzką – reszta jest już tylko własną fantazją. Ile ludzi tyle aniołów. Nie ma dwóch identycznych (nie licząc tych odlewanych taśmowo od formy). I tu – jak i wszędzie – tendencja jest teraz taka, by nie ludzi do aniołów upodabniać, ale jak najbardziej uczłowieczyć anioła. Ubrać go modnie, uposażyć w gadżety, a nawet dać wyraz temu, że i anioły swe słabości mają – sądząc po okazałych brzuchach – najczęściej kulinarne. Daleko im do Serafinów, Cherubinów i Archaniołów z obrazów El Greca, Santiego czy Tycjana. Mój Anioł też jest uczłowieczony, a właściwie ukobiecony. Wisi na ścianie jako wypadkowa subiektywnej wizji, inspiracji cudzym talentem i posiadanych możliwości malarskich. O dziwo, nie jest w kapeluszu i nie paraduje z Sinatrą pod rękę ;) Namalowałam go zaraz po tym, jak skończyłam malować ściany, więc był pierwszym domownikiem. Po mnie i muchach oczywiście. Patrzę na niego codziennie przed snem i po przebudzeniu. Teraz też. Tak sobie czasem „siedzimy” na wprost siebie i dumamy. Ja i mój Anioł. Chyba nie oddałabym go za żadne pieniądze. Mimo, a może właśnie dlatego, że nie jest doskonały – od roku funkcjonuje jako „niedokończony”( na co nikt inny oprócz mnie nigdy nie zwrócił uwagi). Przez to może jeszcze bardziej ludzki.

Anioł autorstwa Marty Sokół

  Nie myślałam nigdy, że anioł może być lamusowy. Zabytkowy, owszem, ale takich się na strychu nie upycha ani ze starych i sponiewieranych tam rzeczy nie tworzy. Tak mi się zdawało. Jednak jakiś czas temu, wśród niezliczonej ilości wspaniałych aniołów tworzonych przy pomocy jedynie talentu i rąk własnych, trafiłam na niezwykłe okazy. W „Galerii pod Aniołem”- bo o niej tu właśnie mowa – wśród pięknych starych przedmiotów, mieszkają anioły prawdziwie lamusowe, zrobione ze starych skornikowanych desek, starych blach, drutów i innych różności, wśród których dopatrzyłam się chyba nawet zużytych części maszyn. Najbardziej lamusowe niebo, jakie widziałam! I od razu poczułam, że to mogłoby być moje niebo.

Galeria pod Aniołem

     Bo gdybym miała stworzyć „Anioła z lamusa” to chciałabym, żeby wyglądał jak jeden z nich. Nie zrobiłabym tego lepiej niż ich autorka, Marta Sokół. Czuć w nich prawdziwą pasję i radość tworzenia, a sama galeria jest miejscem niezwykłym, nierzeczywistym, prawdziwie magicznym. Anioły są wszędzie: w progu witają z iście anielską przekorą „ ci co ten próg przekraczają, czego nam życzą niech i sami mają”, przesiadują na schodach, zabytkowych szafkach, parapetach. Jeżdżą starym wiejskim wozem, łapią drzemkę na spróchniałym pieńku i debatują przy starej beczce.Bądż szczęśliwy teraz. Czuj się dobrze teraz. To jedyne,co musisz robić.” pisze autorka na swojej stronie. Ja czuję, że żeby się uszczęśliwić, muszę te cuda zobaczyć na własne oczy. I zwyczajnie, po ludzku, wcale nie po cichutku, ale ze szczerym uśmiechem, troszkę jej tego lamusowego skrawka nieba  zazdroszczę…

 
 

List do Świętego Mikołaja.

04 gru

Drogi Święty Mikołaju!

 

Nie czekaj aż będę sama w domu i nie pomyl mnie z Kevinem. Przez komin też nie ryzykuj – mieszkam w wieżowcu… Na parterze… Nie zakradaj się cichaczem i nie wkładaj nic pod poduszkę, bo mogę dostać zawału. Zaprzęgiem reniferów też nie próbuj – nie ten region – strefa powietrzna jest tu zarezerwowana dla czarownic. Masz jeszcze dwa dni, więc wymyśl coś. Jak już jakoś wejdziesz, to nie narzekaj że śmieci nie wyniesione i kubki nie umyte – ja pracuję cały czas, nie tylko 6-ego grudnia. Wiesz, że nie jestem materialistką, nie oczekuję diamentów czy nowego samochodu. Ale nowy akumulator by się przydał. Jakieś płyty, książki, nowe buty i torebka? I przynieś mi dużo czasu. I cierpliwości. I stary gramofon, taki z tubą.  A jak się nie da, to chociaż bądź „w klimacie” i nie strój się na czerwono. Zaśpiewaj jak Sinatra, zatańcz jak Fred Astaire i pogadaj ze mną jak Kałużyński z Raczkiem.

Z góry dziękuję.

L.

Twoja i tak wierna fanka.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii o mnie