RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘sztuki większe i mniejsze’

Na stojąco czy na leżąco?

14 sty

…Czyli cierpienia młodego blogera;)

     

         Pisanie bloga bywa trudne. Mało tego, jest to fach nędzny, nie przynoszący żadnego dochodu (przynajmniej w moim przypadku), a przez wielu nawet pogardzany. Niełatwo znaleźć motywację i siły, że o temacie nie wspomnę. Wskazany przy tym jest spory dystans do własnych poczynań – krótka chwila satysfakcji z pisania może zostać szybko przygnieciona gromem reakcji różnego kalibru. Taka już dola tego, kto się na bloga porywa – różami zakwita rzadko, a kolców może mieć bez liku.  Sprawa komplikuje się dodatkowo, jeśli jest się człowiekiem, który umie rozmiłować się we własnym lenistwie. Ja umiem. Jak już coś wyskrobię, lubię uznać, że należy mi się odpoczynek. 2-3 dni, no góra tydzień. Po tygodniu zaczyna mi się strasznie NIE CHCIEĆ. A dalsze przeszkody pojawiają się samoistnie. Po pierwsze – w momencie, kiedy człowiek zabiera się za robotę, zazwyczaj dzwoni telefon, wpada koleżanka, przyjeżdża wujek z Krakowa, albo zaczyna się wielka wyprzedaż w galerii. Wiadomo, że pisanie poczekać może, reszta nie. Po drugie – jak się już o czymś chce napisać, to trzeba coś o tym wiedzieć. Jak się wie za mało, to trzeba poszukać, poszperać i się doinformować (znowu zwłoka). Po trzecie – wypadałoby być cokolwiek oryginalnym i pisać o tym, o czym jeszcze nie pisano. Ale o czym jeszcze nie pisano? Można by tak te przeszkody wyliczać i wyliczać.  Człowiek się męczy, zmaga wewnętrznie, z każdą kolejna literą, tymczasem może warto zainspirować się bardziej doświadczonymi i zacnymi przykładami w literaturze znacznie większego formatu niż ta dziabanina, którą sama czasem ośmielę się tu uprawiać. I tak Charles Dickens pracował zawsze zwrócony w kierunku północnym, z tego też powodu wszędzie zabierał ze sobą kompas. Kurt Vonnegut przepisywał każdą stronę wielokrotnie, dopóki nie uznał jej za idealną. Uporczywym przepisywaczem był też Lew Tołstoj, „Wojnę i pokój” przepisywał podobno siedem razy, w dodatku na stojąco. I coś faktycznie musi być w tej pozycji, bo w pionie tworzyli jeszcze Ernest Hemingway, Thomas Wolf i Lewis Carroll. Technice pozycji leżącej oddani byli natomiast Wolter, Marcel Proust i Truman Capote. Gdzieś przeczytałam, że Agatha Christie pisała w wannie, pogryzając do tego jabłka. Osobiście się ku temu skłonić nie mogę, bo ileż można napisać w wannie, zanim się całkowicie nie odmoknie, nie pomarszczy, nie wystygnie na ciele i z wszelkiej weny przy okazji? Brrrrr. No chyba, że wanna była pusta… Z kolei Dan Brown co jakiś czas lubi podwiesić się przy suficie. Podwieszanie nie przekonuje mnie już zupełnie, w dodatku, w świetle ostatnich bestsellerów czytelniczych, z wielką literaturą mi się nie kojarzy, a raczej taką, co ma różne oblicza – a najczęściej ma ich pięćdziesiąt. A co wtedy, gdy zawodzą miejsca, techniki i pozycje? Byli tacy, którzy próbowali wyśrubować swoją kreatywność na wyższy poziom za pomocą mniej przyziemnych środków. Nasz rodzimy Witkacy wspomagał się czym mógł: kokainą, marihuaną, morfiną a czasem nawet kawą i herbatą. Znanym pożeraczem opium i wszelkich substancji halucynogennych był Charles Baudelaire, a o spożywaniu przez Mickiewicza krążą już prawdziwe legendy. Z zamiłowania do whisky oraz… chorobliwie długich zdań (można by się doszukiwać jakiejś zależności) słynął Faulkner.  Tego typu inspiracji nie polecam z wiadomych wszystkim względów, a do tego istnieje duże prawdopodobieństwo, że to, bądź co bądź, wspomagane wizjonerstwo nie spotka się ze zrozumieniem pozostających w trzeźwości czytelników. Nie wiem jakich metod trzymają się inni blogerzy, ja sama póki co do mistrzostwa nie aspiruję, wystarczy mi ciepłe łóżeczko, równie ciepła herbatka i cudowne uczucie braku jakiegokolwiek przymusu – bo czy róża, nawet z kolcami, nie jest po to by sprawiać przyjemność? 

 
 

Anioły z lamusińskiego nieba

08 gru

        Babcia mi mówiła, że wiatr to nic innego jak trzepot anielskich skrzydeł. Przez ostatnich kilka dni musiało ich fruwać w takim razie bardzo dużo. I mówiła jeszcze, że każdy ma swojego anioła. Że chodzi za mną krok w krok i sprawdza czy nic złego mi się nie dzieje. I że nie mogę go zobaczyć, ale mogę odczuć jego obecność. Strasznie mi wtedy w głowie namąciła. Bo jak można kogoś poczuć, a nie zobaczyć? Czy to duch? Nie, Anioł Stróż. Czy ktoś go widział? Pewnie nikt. Ale pewnie większość z Was doświadczyła kiedyś jego działania. Trochę jak ze Świętym Mikołajem, tylko że z niego akurat się wyrasta. Anioł zostaje z nami na zawsze. I jak na wysłannika niebios przystało jest doskonale dobry, szlachetny i mądry. Można by długo dywagować o aniołach w kulturze, rozprawiać na temat wiary i psychologicznego aspektu ich istnienia, ale nie o to mi akurat chodzi. Mnie zawsze ciekawi, jak anioły widzą inni.

Lamusińskiej anioł własny

Nie ma wdzięczniejszego tematu we wszelkich plastycznych sztukach, niż one. Bo poza tym, co o nich wiemy – że mają skrzydła i postać ludzką – reszta jest już tylko własną fantazją. Ile ludzi tyle aniołów. Nie ma dwóch identycznych (nie licząc tych odlewanych taśmowo od formy). I tu – jak i wszędzie – tendencja jest teraz taka, by nie ludzi do aniołów upodabniać, ale jak najbardziej uczłowieczyć anioła. Ubrać go modnie, uposażyć w gadżety, a nawet dać wyraz temu, że i anioły swe słabości mają – sądząc po okazałych brzuchach – najczęściej kulinarne. Daleko im do Serafinów, Cherubinów i Archaniołów z obrazów El Greca, Santiego czy Tycjana. Mój Anioł też jest uczłowieczony, a właściwie ukobiecony. Wisi na ścianie jako wypadkowa subiektywnej wizji, inspiracji cudzym talentem i posiadanych możliwości malarskich. O dziwo, nie jest w kapeluszu i nie paraduje z Sinatrą pod rękę ;) Namalowałam go zaraz po tym, jak skończyłam malować ściany, więc był pierwszym domownikiem. Po mnie i muchach oczywiście. Patrzę na niego codziennie przed snem i po przebudzeniu. Teraz też. Tak sobie czasem „siedzimy” na wprost siebie i dumamy. Ja i mój Anioł. Chyba nie oddałabym go za żadne pieniądze. Mimo, a może właśnie dlatego, że nie jest doskonały – od roku funkcjonuje jako „niedokończony”( na co nikt inny oprócz mnie nigdy nie zwrócił uwagi). Przez to może jeszcze bardziej ludzki.

Anioł autorstwa Marty Sokół

  Nie myślałam nigdy, że anioł może być lamusowy. Zabytkowy, owszem, ale takich się na strychu nie upycha ani ze starych i sponiewieranych tam rzeczy nie tworzy. Tak mi się zdawało. Jednak jakiś czas temu, wśród niezliczonej ilości wspaniałych aniołów tworzonych przy pomocy jedynie talentu i rąk własnych, trafiłam na niezwykłe okazy. W „Galerii pod Aniołem”- bo o niej tu właśnie mowa – wśród pięknych starych przedmiotów, mieszkają anioły prawdziwie lamusowe, zrobione ze starych skornikowanych desek, starych blach, drutów i innych różności, wśród których dopatrzyłam się chyba nawet zużytych części maszyn. Najbardziej lamusowe niebo, jakie widziałam! I od razu poczułam, że to mogłoby być moje niebo.

Galeria pod Aniołem

     Bo gdybym miała stworzyć „Anioła z lamusa” to chciałabym, żeby wyglądał jak jeden z nich. Nie zrobiłabym tego lepiej niż ich autorka, Marta Sokół. Czuć w nich prawdziwą pasję i radość tworzenia, a sama galeria jest miejscem niezwykłym, nierzeczywistym, prawdziwie magicznym. Anioły są wszędzie: w progu witają z iście anielską przekorą „ ci co ten próg przekraczają, czego nam życzą niech i sami mają”, przesiadują na schodach, zabytkowych szafkach, parapetach. Jeżdżą starym wiejskim wozem, łapią drzemkę na spróchniałym pieńku i debatują przy starej beczce.Bądż szczęśliwy teraz. Czuj się dobrze teraz. To jedyne,co musisz robić.” pisze autorka na swojej stronie. Ja czuję, że żeby się uszczęśliwić, muszę te cuda zobaczyć na własne oczy. I zwyczajnie, po ludzku, wcale nie po cichutku, ale ze szczerym uśmiechem, troszkę jej tego lamusowego skrawka nieba  zazdroszczę…