RSS
 

Historia oparta na faktach.

25 sty

   

               Blue Monday zaczął się dla L. zwyczajnie. Nieświadoma niczego, a już na pewno nie tego, że akurat ten monday jest blue, została jak zawsze wyrwana ze snu  o 7. Równie drastycznie i równie niespodziewanie co zwykle.  Uspokoiła ją dopiero tradycyjna drzemka 15 min. Potem kolejna drzemka. I jeszcze jedna. No i już ostatnia do 8. O ósmej nagły zryw, a raczej chęć nagłego zrywu. Jeszcze 5 minut i jeszcze jedno 5.  Z wielkim bólem L. zlazła, spełzła, stoczyła się z łóżka, po czym obijając się o ściany, futryny i niedomknięte drzwi (tak, jest krótkowidzem) udała się do kuchni. Ranek to jedyny czas w ciągu całego dnia, kiedy kuchnia staje się dla L. centrum jej osobistego wszechświata. Jej być, albo nie być. Zacząć widzieć, albo pozwolić powiekom na powrót opaść. Nastawia wodę, wytężając mocniejsze oko zaparza kawę i szybciutko wraca do łóżka. Poranna kawa ma sens tylko w łóżku. Oczywiście szukając okularów gdzieś pod nim, niebacznie oblewa się troszeczkę. Nie widzi jeszcze, ale już czuje. „Nic to – wzdycha – zdarza się”. Pomiędzy ścianą a materacem odnajduje je wreszcie, wygląda przez okno i z ulgą stwierdza, że szyby samochodu są przezroczyste. „To wspaniale!” – gratuluje sobie w myślach. Nie trzeba skrobać = 10 minut dłużej w łóżku. 

        Trzy kwadranse później, ubrana stosownie do pory roku, w krótkie botki na wygodnym obcasie i lekką, nonszalancko rozpiętą kurteczkę, wyspana i zadowolona z siebie, pewnym energicznym krokiem wychodzi z mieszkania. Mija skrzynki listowe, monotonnie uwieszone wzdłuż korytarza, pokonuje trzy schodki w dół, przy wyjściu kłania się jeszcze sprzątaczce i towarzyszącemu jej panu Józkowi. Otwiera drzwi i nagle, niespodziewanie traci kontrolę nad własnym ciałem. To, niczym kłoda, porwana przez wielką, acz bliżej nie określoną siłę, pada wzdłuż i zataczając jednocześnie półokrąg, wykonuje rotację na prawy bok z rękoma wyciągniętymi przed siebie. L. zastyga przez chwilę w tej pozycji, ze wszech miar zaskoczona tym co ją spotkało. Kątem oka (z niemedycznego punktu widzenia) obserwuje przez chwilę otoczenie. Żadnych śladów spisku. Nikt jej nie popchnął, nie podłożył nogi i nikt nie czai się za drzewem z ukrytą kamerą. Oszołomiona jeszcze, unosi swoje długawe ciało, opierając je najpierw na czterech kończynach, po czym, stwierdzając, że podłoże jest śliskie, ostrożnie, chwiejnie staje na dwóch. W myślach, ze złością przeklina blokowych łobuzów, którzy dla żartu wylali wodę przed klatką „A gdyby to była jakaś staruszka, albo ciężarna?! Co za debilizm! Jak tak można?!”. Powoli, obolała, posuwa się w stronę samochodu z niedowierzaniem stwierdzając, że lód ciągnie się dalej…I dalej…I dalej…Czyżby ktoś wylał całą cysternę? Bo chyba nie tegoroczna zima to uczyniła? Z trudem dociera do auta i w ostatniej chwili chroni się przed kolejnym upadkiem, chwytając oburącz stojący obok kosz na śmieci.

       Auto wygląda pięknie. Lamusowe dzieło sztuki. Całe pokryte niczym kryształową taflą, grubą warstwą przezroczystego (owszem) lodu. Jakiś żal nieprzenikniony zatlił się w jej artystycznej duszy, na myśl, że trzeba to będzie zeskrobać. Przelotne spojrzenie na zegarek szybko jednak rozgania ckliwe sentymenty. Nawet drzwi nie stawiają długo oporu. Jakby przeczuwały, że nie zdobędzie się już na ponowne przebycie trasy samochód – mieszkanie. Wystarczyły dwa mocne i gwałtowne szarpnięcia klamki. Szybko i zdecydowanie chwyciła skrobaczkę i płyn do odmrażania, w które przezornie zaopatrzyła się już we wrześniu. Płyn nie podziałał. Skrobaczka się złamała. „Idiotko! – zganiła się – to zima nie na żarty, sprawdź, czy ci w ogóle odpali!”. Odpalił. Odkręciła ogrzewanie. Uprzedziła, że się spóźni. Wzięła resztki skrobaczki i jęła zdrapywać lód ze zdwojoną siłą. Na nic. Wtem jej wzrok padł na porozrzucane na siedzeniu pudełka kaset magnetofonowych. Drogą wyrafinowanej dedukcji, którą przez lata szkoliła zaczytując się w „Przygodach Sherlocka Holmesa”, okrasiwszy ją dodatkowo szczyptą kobiecej logiki, do pomocy wybrała George’a Michaela, jako najmłodszego, najwyższego i co najważniejsze – jedynego żyjącego jeszcze w tym gronie. George też nie podołał. Pozdzierała kostki. Ze łzami zdenerwowania, przypatrując się własnym obrażeniom, poczuła nagle, że coś z ogromną siłą zaczęło na nią napierać. Uniosła głowę, z przerażeniem stwierdzając, że chce ją przejechać jej własny samochód…

 
Komentarze (10)

Napisane przez w kategorii o mnie

 

Tags: , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Antoni Relski

    28 stycznia 2014 o 10:24

    Zaciągnięty hamulec ręczny tez sprawia w zimie figle.

    Pozdrawiam

     
    • lamusinska

      28 stycznia 2014 o 22:42

      Niestety wiem coś o tym…

       
  2. ~Szczygi

    29 stycznia 2014 o 13:46

    I to jest właśnie talent pisarski – kiedy ze zdania „Wstała rano i wyszła do pracy, największym wrogiem okazała się zima i auto” – można wycisnąć coś tak pięknego i zabawnego.

    Pan Józek to jeden z prawdziwych elementów i szczegółów które lubię w prozie najbardziej. Folklor.

    Pozdrawiam :)

     
  3. uglywriter

    31 stycznia 2014 o 00:26

    Pięknie:) niedopowiedziane zakończenie.Chyba że to zamierzone i będą ciągi dalsze:)W związku z zamarzaniem pojazdów mechanicznych mam pytanie:Czy u was też nie można nigdzie kupić odmrażacza do auta takiego psikacza, poskramiacza śliskich szyb?Miasto -25 tysięcy mieszkańców. w żadnym markecie na żadnej stacji benzynowej?Nie produkują czy jak?

     
    • lamusinska

      31 stycznia 2014 o 23:38

      C.d.
      L. uszła z życiem. Samochód również. Ucierpiało jedynie jej poczucie. Godności. I siły. Następnego ranka przezornie wyszła z domu wcześniej. W butach na płaskiej podeszwie, szczelnie opatulona puchową kurtką, uzbrojona w nową wielką skrobaczkę i nowy, jeszcze silniejszy odmrażacz. Byle tylko odpalił, a z resztą już sobie jakoś poradzi. Odpalił. „Mój Bandzior”- z czułością pogłaskała go po desce rozdzielczej. 10 min później mknęła już po znajomych koleinach, z zawrotną prędkością 50 km/h, zostawiając daleko za sobą doznane krzywdy…Może tylko ból ręki przy zmianie biegów od czasu do czasu jej o tym przypominał (wbijaliście kiedyś wsteczny dwiema rękami?). Nawet do George’a nie czuła już żalu, a wspólny duet wydał jej się lepszy i bardziej czysty niż zwykle. Na pewno głośniejszy. Sielanka trwała przez dwa kolejne dni. Bandzior niezawodnie odpalał, nie grymasił, a ona codziennie z czułością gładziła go po masce i szeptała czułe słówka do kierownicy. „Na urodziny zatankuję ci tej lepszej benzyny” – szepnęła mu wysiadając w piątek rano. Przed drzwiami puściła jeszcze do niego oko i ostatni raz mruknęła „Móóóój Bandziorrrr”. 8 godz. później Bandzior z pewnym rzężeniem, ale odpalił. Byłaby zaskoczona, gdyby było inaczej. Zaniepokoiła ją jedynie niegasnąca kontrolka oleju. Jakie było jej zdziwienie, gdy chwilę później jej oczom ukazała się wielka, czarna i tłusta plama widniejąca na śniegu. Bandzior się zlał. Na tyle skutecznie, że drogę do mechanika odbył ciągnięty na holu. „Ty obsiurańcu jeden” przez zaciśnięte zęby wycedziła mu na pożegnanie L., a potem wsiadła do autobusu…

      U mnie z odmrażaczami nie ma problemu, nie wiem jak na stacjach, ale w marketach pełne półki – jakby co mogę podesłać ;-)

       
      • ~uglywriter

        4 lutego 2014 o 21:36

        Odmrażacz udało mi się kupić w sobotę w Zielonej Górze, w końcu hehe. A „Mój Muniek” też się ostatnio zlał na mieście ale płynem hamulcowym, wesoło nie było, no cóż to już ten wiek :)

         
        • ~lamusinska

          10 lutego 2014 o 22:02

          No niestety popuszczanie płynów w pewnym wieku nie powinno już dziwić…Ja zawsze mojego strofuję, żeby zachowywał się jak mężczyzna i nie robił z siebie cherlawej siusiumajtki. Czasem pomaga ;-)

           
          • uglywriter

            22 lutego 2014 o 01:06

            Tak, słowem dobrym i czasem w nagrodę na myjnie pojadę.Trzeba się zaopiekować;)

             
  4. ~soap-jam

    5 lutego 2014 o 17:58

    Jeju! Przeczytałam to wszystko jednym tchem, przy upadku – współodczuwałam nawet ból! Genialny tekst, który sprawił, że każdy swój poranek będę teraz postrzegać inaczej. Dzięki!;)

     
    • lamusinska

      5 lutego 2014 o 23:00

      Ależ Ty jesteś empatyczna!
      Strasznie mi miło, tym bardziej, jeśli wpis przyczynił się do innego spojrzenia na poranki. Dla mnie to od zawsze najbardziej niecna pora dnia i chyba nic już tego nie zmieni. Ale na wspomnienie swojego „blue monday” będę się chyba jeszcze długo śmiała:)