RSS
 

Ile się płaci za bycie sobą?

11 gru

 

A czytał pan, panie Zygmuncie Bliblię?

- Stale czytuję, bez przerwy! Znakomita książka, polecam gorąco, szczególnie osobom duchownym.

 

   Gdyby żył, skończyłby dzisiaj 95 lat. Wokół jego życia narosły historie i niedomówienia grubością odpowiadające warstwom kurzu i pajęczyn w jego mieszkaniu. Dla niektórych palant z małpią gębą, brudas i dziwadło. Dla mnie prawdziwa perła i dowód na to, że nie szata zdobi człowieka. Od kiedy pojawił się w telewizji, a właściwie od kiedy ja go tam zobaczyłam, wrył mi się w umysł. Początkowo jako ciekawie opowiadający, trochę nadpobudliwy ruchowo pan, z czasem jako pasjonat o szerokiej wiedzy, a od momentu kiedy przeczytałam pierwszą jego książkę, jako piekielnie inteligentny i dociekliwy tropiciel obłudy, pasjonat obdarzony niebanalnym poczuciem humoru i co najbardziej istotne – prawdziwie wolny człowiek. Z rozkoszą czytam jego książki i choć sporo ich napisał, z niepokojem myślę o chwili, gdy sięgnę po ostatni nieprzeczytany tytuł. Nigdy nie ograniczał się tylko do kina. Wachlarz tematów, które poruszał trudno ująć w jakieś ramy. Tak samo fascynująco pisał o paryskich prostytutkach, wojnie, gwiazdach kina i Biblii. W swoim skrajnym zachwycie doszłam nawet do wniosku, że więcej wiedzy o kulturze i historii można wynieść z jednej jego książki, niż z opasłych i nieprzystępnych encyklopedycznych tomów. Jeśli już o czymś pisał, to podchodził do tego z zaangażowaniem i dogłębną wiedzą popartą własnymi przemyśleniami. Rzeczy nazywał po imieniu, a kiedy było trzeba walnął z grubej rury. I trudno było się z nim nie zgodzić. Swoją ocenę zawsze jednak popierał solidnymi argumentami i gotów był na wymianę myśli. Bo tylko tam gdzie jest dyskusja – twierdził – powstają wartościowe poglądy. Inna rzecz, że „dyskusja” sprowadzała się nierzadko do agresji drugiej ze stron, a wyszukiwanie w wypowiedziach Kałużyńskiego nieścisłości, bez znaczenia dla głównego tematu, stało się dla poniektórych pasją równie pochłaniającą jak dla wyżej wymienionego kino.   Żył po swojemu, pogardzał pieniędzmi i władzą , uważał, że wszyscy ludzie są sobie równi, a swoje słynne niechlujstwo ubrał w naukowo- egzystencjalną ideologię, argumentując ostatecznie, że „człowiek został stworzony do myślenia a nie do sprzątania” i można czuć się szczęśliwym nie zmieniając codziennie skarpetek.  Z czym też trudno się nie zgodzić, bo osobowości, wiedzy i talentu pisarskiego pozazdrościć by mu mogło wielu schludnych i pod szyję samą odprasowanych. Ten brak zależności od kogokolwiek i czegokolwiek, dał mu najcenniejszą i bodaj najbardziej trudną w utrzymaniu wartość – własną osobistą wolność. Nie wiadomo, co bardziej mierziło jego oponentów – to co mówił, czy sam fakt, że miał odwagę to wypowiedzieć, nie zważając na prestiż i glorię krytykowanego nazwiska.  

    Wczoraj dotarł do mnie „Alfabet na 4 ręce” a wraz z nim film-wywiad „Pół życia w ciemnościach”, ostatni, tuż przed jego odejściem. Zaledwie 45 min, ale zobaczyć pana Zygmunta na ekranie jeszcze raz, to niebywała przyjemność. Bardzo ciepła, szczera i wzruszająca rozmowa z Tomaszem Raczkiem. Jest jeszcze jedna ważna kwestia, która nasuwa mi się zawsze, kiedy Zygmunta Kałużyńskiego oglądam, słucham lub czytam: Ile się płaci za bycie sobą? Otóż płaci się samotnością. Byciem wykpiwanym, obrażanym i klasyfikowanym jako wariat. A co trzeba zrobić, żeby móc być sobą mimo wszystko? Trzeba siebie kochać. „Jestem w sobie zakochany panie redaktorze, to jest jedyne uczucie, jakiego jestem absolutnie pewny”. Pogląd mało popularny. Bo ten rodzaj uczucia, często mylony jest z zadufaniem i arogancją. A szkoda, bo właśnie z niczego innego, jak tylko z niekochania siebie, bierze się szeroko pojęty brak „miłości bliźniego”. Zatem wszystkim otwartym i zaciekawionym rekomenduję pozycje pana Zygmunta, a tym innym, którzy właśnie na kimś jakieś psy wieszają, nieco więcej miłości do siebie samych zalecam;)

 
Komentarze (20)

Napisane przez w kategorii z kina

 

Tags: , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~kocica

    11 grudnia 2013 o 11:18

    Witaj, czy wiesz dlaczego perły ?
    Domyślam się, iż chodzi o to że perła to jedyny w świecie jubilerskim klejnot z którym nie trzeba nic robić :) Od perły bije naturalny blask bez szlifowania jej.
    Nie czytałam książek ekscentryka i erudyty Z.K. – znam go z programów TV utkwiła mi w pamięci jego wypowiedź na temat dwóch najbardziej seksownych scen w dziejach kina. Czy wiesz jakich aktorek dotyczyły i jakich filmów?
    Cóż, ja to ja:) czyli kobieta, kobieta i owszem zgadzam się panem Zygmuntem, że u kobiety bardzo, chyba najbardziej liczy się rytm w jakim się porusz (gracja) – to jest rytm zharmonizowany – ciała z umysłem i duszą(co mi w duszy gra), jest jeszcze pewien kruczek – spojrzenie – oczy :) A o tym nie słyszałam lub prędzej niedosłyszałam u Z.K.
    Czy ZK. był zharmonizowany?, raczej nie, to było widać w jego ruchach, ale przez to był niepowtarzalny. Ale czy kochał siebie, nie sądzę, odwracał kota ogonem. Po co ?. Gdyby kochała siebie to pozwoliłby innym lub jednemu/ jednej pokochać siebie. Tak myślę, ale mogę się mylić:)
    Pozdrawiam, i żałuję że nie spotkałyśmy się wcześniej.

     
    • ~lamusinska

      11 grudnia 2013 o 21:08

      Witaj kocico, dziękuję za ciekawy komentarz . Przyznam, że trochę mi zabiłaś ćwieka tymi najseksowniejszymi scenami w dziejach kina. Pierwsza to zapewne Rita Hayworth w „Gildzie” i scena gdy zdejmuje rękawiczkę. A druga to Marlena Dietrich pokazująca nogi w „Błękitnym Aniele”. Czy tak?
      Z. K. zachwycał się ponadto Gretą Garbo i Marylin Monroe (szczególnie jej sposobem chodzenia), a jego w ogóle ulubiona scena kinowa pochodzi z filmu „Pół żartem, pół serio”, moment kiedy dym z lokomotyw bucha wprost na łydki Marylin.
      Z. K. był dwukrotnie żonaty, tzn, że chyba czasem pozwalał innym siebie pokochać. Być może kochał siebie tak mocno, że nie pozwoliło mu to na „naginanie się” nawet „w imię miłości”. To co napisałam, to tylko moja refleksja na ten temat. Trudno gdybać kiedy się nie jest panem Zygmuntem…:) Pozdrawiam Cię serdecznie:)

       
      • ~kocica

        11 grudnia 2013 o 23:05

        Trafiłaś w 10 :) ta druga to MM „pół żartem…” scena z kręceniem krągłymi biodrami i pupą.
        Nie znam biografii pana Zygmunta ale „pół życia, żyłem w ciemności ” jakoś tak brzmi… znałam plotki.
        Każdy ma swoje tajemnice i nawet autobiografie…. Sporo biografii i autobiografii przeczytałam.
        Czy był narcyzem, czy ukrytym lub jawnym homse…Nie wiem? Wiem że był interesującym człowiekiem.
        Wesołych Świąt

         
        • ~lamusinska

          11 grudnia 2013 o 23:33

          „Pół życia w ciemności” odnosi się do ciemnej kinowej sali, w której Z. K. spędził dużą część życia. Też nie czytałam jeszcze jego biografii, na razie raczę się tym co sam miał o sobie do powiedzenia. Jak człowiek jest ekscentryczny i budzi kontrowersje stylem życia, opinią i zachowaniem, w dodatku on sam nie ma z tym żadnego problemu, to w opinii innych najczęściej staje się podejrzany. Również seksualnie;) Może gdyby faktycznie był gejem, jego przeciwnicy mieliby jakieś satysfakcjonujące dla nich wytłumaczenie. Świat jest dziwny, a pan Zygmunt niewątpliwie interesujący:) Wesołych Świąt, dziekuję za odwiedziny!

           
  2. ~Josh

    17 grudnia 2013 o 21:59

    Mam chyba wszystkie dostępne jego książki, czytam po wielokroć…

     
  3. ~Sheep

    7 stycznia 2014 o 11:08

    Kochać siebie – ważna sprawa, czasem w naszym całym egoizmie brakuje po prostu miłości do siebie samego.

    Ale nie wiem czy dla miłości do siebie samej poświęciłabym miłość do innych i od innych…

    Żadna skrajność nie jest dobra. Ani nadmierna akceptacja, ani odrzucenie i samotność, nawet w imię wzniosłych ideałów…

     
    • lamusinska

      7 stycznia 2014 o 12:09

      Zgadzam się w zupełności, że popadanie w skrajności nigdy nie jest dobre. Myślę, że zdrowo pojęta miłość do siebie nie musi się z tym wiązać, pozwala natomiast zyć w zgodzie ze sobą.

       
  4. Szczygi

    7 stycznia 2014 o 15:53

    Przyznam szczerze, że nie miałem okazji obcować z prozą Kałużyńskiego, dlatego chciałbym o podanie tytułu książki, od której Ty zaczęłaś przygodę z tym wybitnym człowiekiem.

    Ja głęboko wierzę w to, że PRAWDA zawsze sama się obroni – i chyba tak było również w tym przypadku,

     
    • lamusinska

      7 stycznia 2014 o 21:02

      Nie wiem, czy Ci się ten tytuł na coś przyda, bo to był czysty przypadek. Dawno temu w jakiejś „taniej książce” wpadł mi w ręce „Bankiet w domu powieszonego”, kupiłam ze względu na sympatię do autora, ale i tak trochę na półce jeszcze poczekał. Nie czytam w chronologicznym porządku, bo raczej nie jest to konieczne. Najbardziej do tej pory ubawiłam się chyba przy „Do czytania pod prysznicem”. Starsze wydania można czasem złapać na allegro, niestety chyba nie mają wznowień, nowsze bez problemu dostanie się w bibliotece, a i na chomiku mi się kiedyś przewinęły. A propos prawdy – Kałużyńskiego nadzwyczaj często nazywano „kłamcą i łgarzem”….

       
      • Szczygi

        8 stycznia 2014 o 09:39

        Podejrzewam, że w najbliższym czasie sięgnę po jego twórczość – sprawdzę osiedlową bibliotekę – a jak mi się spodoba, co jest mocno prawdopodobne – na pewno jakiś tytuł ozdobi moją domową biblioteczkę.

        Dzięki

         
  5. ~Alba

    7 stycznia 2014 o 19:40

    No, proszę – a my tych, którzy mają po prostu odwagę „być sobą” tak często nazywamy „dziwakami.”:)

     
  6. ~grafitowy

    7 stycznia 2014 o 23:34

    Wydaje mi się, że wielu ludziom brakuje pewności, co do oceny własnego wyglądu. Według mnie nie ma nic złego w kochaniu samego siebie.

     
  7. dreamrock

    8 stycznia 2014 o 03:40

    Uważam, że idealizujesz. Pamiętam, jak dawno temu Kałużyński wypowiedział się na temat słynnej amerykańskiej aktorki, dla mnie osobiście najlepszej aktorki czynnej zawodowo. Przytaczam go dosłownie: „Psie nogi, but o dwa numery za duży, biust o dwa numery za mały”. Miał szczęście, że powiedział to w kraju gdzie kobietę traktuje się jako pomoc domową i niańkę i w czasach kiedy takie komentarze były na porządku dziennym. Dziś etykietkowano by go jako seksistę, pomijając fakt, że prawdziwy krytyk filmowy nie powinien w ten sposób argumentować. Nie ujmuję mu talentu i wiedzy, lecz moim zdaniem popełniał on w życiu wiele błędów, jak każdy z nas. To, że ciebie fascynuje jego postać to bardzo dobrze. Lecz nie dla każdego, jest on wzorem do naśladowania.

     
    • ~lamusinska

      8 stycznia 2014 o 08:37

      Po pierwsze, etykietowano go jako seksistę, nie mniej wyraził swoje zdanie. O tym, że czynił to czasem dosadnie, wspomniałam. Ciebie zafascynowała, jego nie. Wielu współczesnych „królów” TV wypowiada się w sposób znacznie bardziej seksistowski, żeby nie powiedzieć wulgarny o kobietach, sprowadzając je nierzadko do poziomu materaca. Przy nich stwierdzenie Z.K. wydaje się raczej przekornym żarcikiem miłego staruszka. Nie sądzę też, żeby faktycznie w ten sposób argumentował – jest to zapewne wypowiedz wyjęta z szerszego kontekstu. Po drugie, pisząc o Kałużyńskim, nigdy od nikogo nie oczekiwałam, że będzie dla niego wzorem do naśladowania, co więcej, to że uważam go za fascynującego człowieka, wcale nie sprawia, że sama automatycznie stawiam go sobie za wzór. W życiu – jak mi się wydaje – przede wszystkim trzeba się kierować własnym rozumem, tudzież dbać, by był jak najlepiej rozwinięty.

       
      • ~kocica

        8 stycznia 2014 o 11:21

        O Julkę R. chodzi ? :) Julka jak kaczka chodzi, to chyba z powodu wielkiej stopy:) Zartuję :) Lecz z Julki nigdy nie była ani nie będzie ani MM, ani Rita. Gdy pokazana jest jej cała postać w ruchu to samoistnie uśmiech gości na moich ustach. W Pritty W. bardzo się starała i jedynie w tym filmie nie jest jej chód wyraźnie rozpoznawalny:) Lecz nie da się go ukryć całkowicie – niestety. Proszę zwrócić uwagę mało jest n w innych jej filmach scen z całą postacią w ruchu. Tylko operator i reżyser który jej nie kocha może zrobić jej takiego psikusa. Gdy widzę ją od połowy w chodzie też wyczuwam jej specyficzny sposób poruszania się. Co do reszty jej uroku…hmm, lubię ją za naturalny uśmiech i ujmujący sposób bycia – dziewczyny z sąsiedztwa.
        Lamusinska zawsze wierzyłam , ze wypłyniesz na szerokie wody gdyż spostrzegawczego mentora sobie wybrałaś i masz talent :) Proszę uważaj na złosliwego mentora, ale widzę ze wiesz na co uważać :)
        Powodzenia:)

         
  8. pitt

    8 stycznia 2014 o 09:22

    Dzień dobry.

    Chciałem Pani, po przeczytaniu powyższego tekstu powiedzieć, iż jawi się Pani bardzo interesującą kobietą.

    Miłego dnia

     
  9. dreamrock

    8 stycznia 2014 o 23:09

    Chciałem jeszcze dodać jeden komentarz. Jak każdy z nas był on człowiekiem swoich czasów. Gdyby urodził się dziś, byłby kimś innym. Tak samo gdyby urodził się w innym kraju. Pojęcie „być samym sobą” nic nie oznacza. Jesteśmy odbiciem środowiska, w którym żyjemy, charakteru który dziedzicznymi. Po naszej śmierci nic po nas nie zostaje, więc tak naprawdę niczym nie byliśmy.

     
    • ~lamusinska

      8 stycznia 2014 o 23:35

      Nie będę polemizować z pierwszą częścią komentarza- wszyscy niewątpliwie jesteśmy naznaczeni czasami ,w których się urodziliśmy i otoczeniem, w jakim przyszło nam żyć. Nie pisałam natomiast o „byciu samym sobą”, a o BYCIU SOBĄ, postępowaniu w zgodzie z sobą, swoimi przekonaniami i nie uleganiu presji – najkrócej rzecz ujmując – a to są chyba trochę różne kwestie.

       
  10. ~katolik

    10 stycznia 2014 o 07:16

    Życie na ziemi to nieustanna walka. Walka z diabłem, pokusami, z lenistwem i wadami.
    Koniec świata może być w każdej chwili. Pomyśl o wieczności. Masz do wyboru niebo albo piekło.
    Nie dbasz o zbawienie duszy?
    http://tradycja-2007.blog.onet.pl/