RSS
 

Notki z tagiem ‘fedora’

Kapelusz Sinatry.

30 lis

Powiedziałam że napiszę o Sinatrze. Co więcej odgrażałam się nawet, iż mogłabym to robić stale. A potem siadłam i zdębiałam. Bo jak napisać o Sinatrze, załóżmy dwie stroniczki? Dwie stroniczki to można wystukać na temat jednej piosenki, blizn na twarzy albo koloru butów. Biografie tego człowieka nie liczą mniej niż 500 stron, a każda wnosi coś nowego. Rozpisać się o Franku na całe dwie strony to beznadziejny pomysł. Nuda, sztampa i skrótowość. Tak się nie godzi traktować Mistrza.

Będzie więc tym razem garderobiano, a konkretnie kapeluszowo. Otóż takie tam nakrycie głowy. Z rondem. Pomysł żywcem ściągnięty z grzyba. Człowiek w tym niczym grzyb, składa się z odrastającego od ziemi trzonu i kapelusza na szczycie. Stworzony po to by głowa nie marzła, choć na mrozy odpowiedniejsza i tak wydaje się wełniana czapka. Nie od dziś wiadomo jednak, że nic nie dzieje się bez przyczyny i w istnieniu kapelusza musi być jakiś sens i przyczyna głębsza niźli mróz. W kapeluszach dzieją się rzeczy niezwykłe. Rosną włosy, szerzą się łysiny, rodzą się genialne odkrycia, kwitną zbrodnie i intrygi a w niektórych mieszkają króliki. Kapelusze przykrywają głowy niezwykłe, a głowom przeciętnym dodają niezwykłości. Wchodzą z właścicielem (a właściwie nosicielem) w niezwykłą zażyłość, związek tak ścisły i konieczny, że jedno nie istnieje bez drugiego. Weżmy Chaplina – ile osób rozpoznało by go bez słynnego melonika? Wyobrażacie sobie Holmesa bez charakterystycznego „kapelusika” albo Slasha bez cylindra? Mojej zdecydowanie przeciętnej głowie sprezentowano wczoraj piękną fedorę. Kapelusz mafiosów i policjantów, filmowych amantów, dżentelmenów, cwaniaków i kloszardów. I wreszcie – kapelusz Franka Sinatry i mojego dziadka. O tym że dziadek posiada kapelusz dowiedziałam się mając lat 9, kiedy to udałam się z nim do pobliskiego kościółka. Zakładał go tylko kilka razy w roku, na ważne okazje, to znaczy, gdy wybrał się na mszę – a robił to tylko z ważnych okazji:) Szłam wtedy koło dziadka z zadartą głową, wpatrując się, czy ten tam pod kapeluszem to aby na pewno on. W kapeluszu bowiem wygląda się dostojniej, dojrzalej i bardziej elegancko. Z Sinatrą rzecz miała się nie inaczej. W latach 50-tych Frankie włożył na głowę kapelusz i stał się Frankiem. A dla niektórych Francisem. Triumfalnie wrócił na scenę. Zmienił nie tylko wytwórnię. Zmienił się też jego wizerunek. I Głos. Nie był już ckliwy, delikatny i rozmarzony. Jego schropowaciałe od papierosów i morza brandy gardło nadało mu „kanciastości”. W zapomnienie odeszły śmieszne muchy uwiązane wokół szyi, w ustach pojawił się nieodłączny papieros, a na twarzy – w zależności od wymogów chwili- ból osamotnienia lub szelmowski uśmiech. Sinatra wszedł w wiek dojrzały. Noszone na bakier kapelusze stały się jego znakiem rozpoznawczym, a w opinii osób z jego otoczenia, to jak leżały mu na głowie, w chwili gdy śpiewał- naciągnięte na oczy, czy też zsunięte na czubek głowy – było barometrem nastroju, w którym się znajdował. Jak nikt inny potrafił wykorzystać jego magię. Żeby nie było tak podniośle – Niebieskooki zaczął łysieć, i kapelusz sprawdzał się w tej kwestii idealnie. W mojej świadomości Frank nie mógłby już istnieć bez kapelusza. A kapelusz bez Franka. I musiał doskonale wiedzieć o tym, o czym wie pewnie większość „nosicieli”. Świat spod kapelusza wygląda inaczej. Docierają tylko jego fragmenty. Trzeba zadzierać głowę i kręcić szyją, żeby nie umknęło nam żadne kuriozum otaczającej nas rzeczywistości. W kapeluszu widzimy tyle ile widzieć chcemy. I dobrze, bo czasem na to wszystko chce się po prostu nisko spuścić rondo…

 

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii z szafy